• Wpisów:43
  • Średnio co: 50 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 21:14
  • Licznik odwiedzin:7 936 / 2221 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
daria24683
 
oxfordka1
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 

*3. Dwie twarze*


Był jeden z pochmurnych dni sierpnia. Na dworze padał deszcz. Gubrin wyglądając przez okno, widziała schowanych pod parasolami ludzi, którzy w pośpiechu przemierzali mokre ulice miasta. Palcem dotknęła szyby, po której spływała, samotna kropelka deszczu. Przyglądała się, jak powoli opada i łącząc się z inną, znika. Dziewczynka stanęła tyłem do okna i zlustrowała swój pokój, który niedawno skończyła sprzątać. Teraz nie miała żadnego pomysłu na wypełnienie wolnego czasu. Podeszła do biurka i sięgnęła po skarbonkę, chcąc policzyć swoje oszczędności, jednak zanim zdążyła wysypać pieniądze na blat, jej uwagę przykuło pewne zdjęcie, na którym razem z dziadkiem siedziała na ławce, uśmiechając się do niego. Wszystkie wspomnienia momentalnie powróciły. Każda chwila spędzona z tym człowiekiem i radość jaką czuła kiedy był blisko. Bardzo za nim tęskniła. Pomyślała o nieznanych jej ludziach, którzy pojawili się na ceremonii pogrzebowej i o tym jak niechętnie rodzice mówią na temat dziadka. Decyzja jaką podjęła Gurbin, była spontaniczna. Nie mogła żyć spokojnie, nie wiedząc kim naprawdę był jej dziadek, czym się zajmował i co przed nią ukrywał. Za każdym razem, gdy sobie o nim przypominała, czuła uścisk w żołądku. Tak naprawdę kocha człowieka, którego prawie nie zna. Zdeterminowana swoim nagłym pomysłem postanowiła udać się na strych w poszukiwaniu czegoś, co przybliżyłoby ją chociażby o milimetr do prawdy.
Dziewczynka wstała i wyszła z pokoju. Z salonu słychać było dźwięki włączonego telewizora. Przysłuchiwała się nim przez chwilę, po czym weszła na schody prowadzące na strych. Kiedy się tam znalazła, zapaliła światło i rozejrzała się po pomieszczeniu. Większość miejsca zajmowały stare fotele, połamane krzesła ogrodowe, szafki i masa innych okurzonych przedmiotów. Podeszła do szafy stojącej w rogu pomieszczenia i otworzyła ją. Była tak ogromna, że chcąc zobaczyć, co znajduje się na najwyższych półkach, Eliza musiała stanąć na pierwszej z nich. Jej oczom ukazały się stare niepotrzebne już nikomu przedmioty, niektóre zardzewiałe, inne starannie zapakowane w pudełka. Weszła wyżej, mocno trzymając się krawędzi szafy. Nagle półka, na której stała, pękła. Dziewczynka upadła na ziemię, a wraz z nią sterta innych przedmiotów, robiąc przy tym nie mały hałas. Przestraszona Gurbin zamknęła oczy, osłaniając głowę rękoma. W końcu nastała głęboka cisza, w którą przez chwilę się wsłuchiwała. Powoli otworzyła oczy. Tuż przy jej nogach leżał mały, masywny kuferek, z którego wypadło kilka przedmiotów. Zainteresowana nimi, zaczęła się im uważniej przyglądać: zeszyt, mały, skurzany portfel, w którym znajdowały się nieznane pieniądze, malutkie pióro piszące oraz parę kolorowych kuleczek. Chciała wszystko szybko z powrotem pochować, gdy nagle pod wiekiem kuferka zauważyła napis: Własność prof. Wacława Gurbina.
Drżącymi rękoma podniosła zeszyt, oglądając go ze wszystkich stron. W środku znajdowały się przedziwne wykresy oraz zapiski, których nie była wstanie zrozumieć, ale mimo to, nie mogła przestać im się przyglądać. Delikatnie pogładziła swoją roztrzęsioną dłonią jedną ze stron. Wszystko zapisane było w języku, którego nie znała. Co więcej, miała wątpliwości, czy takowy w ogóle istnieje. Im dłużej przyglądała się tym notatkom, tym bardziej była pewna, że już wcześniej je widziała. Na samym końcu zauważyła małą kopertę zaadresowaną do jej rodziców. Przez chwilę patrzyła na nią w zamyśleniu. Z jednej strony rodzice nauczyli ją szanować prywatność innych, z drugiej jednak nie mogła się powstrzymać, by nie przeczytać tego, co jest w środku. Powoli rozerwała pożółkły papier, wyciągając ze środka list napisany przez jej dziadka. Gubrin poczuła skurcz w żołądku. Z każdą sekundą jej serce zaczynało bić przyśpieszonym tempem, a ręce drżały z podniecenia coraz bardziej.

*Jeśli czytacie ten list, oznacza to, że nie ma mnie już wśród Was. Mimo iż Rada Wyższych stanowczo zabroniła mi ujawnić prawdę, nie mogłem pozwolić na to byście żyli w niewiedzy. Dlatego napisałem ten list, by wyjaśnić, co naprawdę zdarzyło się, gdy Eliza miała trzy latka. To nie był cud… To byłem ja. Tak, wiem – nie miałem ingerować w życie Elizy, jednak tu chodziło o coś więcej. Tu chodziło o Waszą córkę, a ja jako jej dziadek nie mogłem pozwolić, by umarła. Ratując jej życie musiałem zgodzić się na to, by została naznaczona, jednak los Elizy nie jest jeszcze przesądzony. Proszę, pozwólcie jej samej dokonać wyboru. To bardzo ważne! Tylko decyzja Elizy może złamać pieczęć, ale pod warunkiem, że nie ukończyła ona jedenastu lat! W przeciwnym razie może być już za późno na dokonanie wyboru, a naznaczenie pozostanie nieodwracalne. Przepraszam jeśli Was zawiodłem, mimo to jestem dumny, że mogłem pokazać tej małej osóbce chociaż cząstkę świata.*
*Wacław.*
Oczy Elizy jeszcze przez chwilę błądziły po starej kartce, zupełnie jakby chciała znaleźć coś, co pomogłoby jej lepiej zrozumieć zapisaną na niej treść. Niestety zamiast się czegoś dopatrzeć, w głowie Gurbin zaczynały kłębić się kolejne nurtujące pytania.
– Jakie naznaczenie? I jaki upływ terminu?... A jeśli to coś poważnego? Przecież do moich jedenastych urodzin pozostało niewiele czasu! – Pomyślała z przerażeniem i szybko schowała przedmioty do kuferka, zabierając go ze sobą, zaś przeczytany list schowała do kieszeni. Pozostawiając skrzyneczkę w pokoju, zeszła do salonu, gdzie siedzieli rodzice. Oboje oglądali film, jednak głośne kroki ich dziecka zbiegającego po schodach, wyrwały ich z transu.
– Co się stało? – spytała przestraszona kobieta, widząc swoją córkę bladą jak ściana. Eliza podeszła do nich i rzuciła list na stół.
– Może to wy mi powiecie, co się WTEDY stało – odparła.
Mężczyzna wziął do ręki kawałek pożółkłej kartki. Po chwili podniósł wzrok i spojrzał na córkę, a potem znów na list, czytając kolejny raz jego treść. Zdziwiony podał kartkę swojej żonie. W oczach Moniki było widać rosnące przerażenie. Kiedy skończyła czytać, spojrzała na Krzyśka, zupełnie jakby chciała go zapytać „I co teraz?”.
– To pismo twojego dziadka – odezwał się mężczyzna. Dziewczynka prychnęła pogardliwie.
– Tyle to i ja wiem. Ale co to ma znaczyć? I kim był mój dziadek?! – wrzasnęła.
Kobieta pogniotła nerwowo list i wyrzuciła go do kominka. Kawałek starego papieru palił się powoli, niszcząc jedyny dowód na to, że dziadek ukrywał coś przed Elizą, tak jak teraz robili to jej rodzice.
– Nie wiem, o co chodziło twojemu dziadkowi – odparła sucho.
– Z listu wynikało co innego. – Upierała się Eliza.
– Dziadek mówił różne rzeczy i nie wszystko miało związek z prawdą. Miał bardzo wybujałą wyobraźnie, czego ten list był dowodem. A teraz bądź tak uprzejma i nie podnoś na nas głosu, bo nie jesteśmy twoimi kolegami z podwórka, a rodzicami – rzekła Monika spokojnym tonem. Eliza patrzyła na nią z niedowierzaniem, po czym wybiegła z salonu do swojego pokoju, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Była wściekła, że rodzice nie do końca są z nią szczerzy. Czuła się przez nich oszukana, co jeszcze bardziej psuło jej humor. Chciała obiektywnie podejść do zaistniałej sytuacji, ale nie mogła zrozumieć, czemu rodzice nie ufają jej na tyle, by powiedzieć prawdę. Obrażona i smutna, spędzała całe dnie na dworze, zaś wieczory przesiadywała u siebie w pokoju zamknięta na cztery spusty ze znalezionym na strychu zeszytem dziadka. Próbowała rozszyfrować użyty przez Gurbina język, którym zapisywał swoje notatki, jednak bez rezultatu. Starała się nawet odszukać informacje w Internecie, ale nie znalazła nic, co byłoby pomocne. Kiedy tak siedziała, oglądając krajobraz za oknem przypomniało jej się, że pod koniec wakacji miała spotkać się z psem.
Wyciągnęła z szafki bluzę z kapturem i obwiązała ją w pasie. Po cichu otworzyła drzwi, po czym wymknęła się niepostrzeżenie z domu. Do wyznaczonego miejsca doszła po dziesięciu minutach. Ku jej radości Megi już na nią czekał. Podeszła śmiało do niego i usiadła obok.
– Cześć – powiedziała, uśmiechając się lekko. Czarny kudłacz zwrócił swój łeb w jej stronę.
– Witaj Elizo – odezwał się.
Oboje spojrzeli w stronę pozostałości domu, wpadając w chwilową zadumę. Eliza głęboko westchnęła.
– Dlaczego chciałeś się ze mną spotkać?
Megi podniósł się, grzebiąc łapami między gruzem. Unikał wzroku swojej towarzyszki.
– To bardzo delikatna sprawa i w zasadzie powinienem ją poruszyć przy twoich rodzicach, jednak z opowiadań Wacława wynika, że…
– Znasz mojego dziadka?! – Przerwała mu, podnosząc się gwałtownie z miejsca.
– Ty faktycznie o niczym nie masz pojęcia… – powiedział nieco poirytowany.
– O czym nie mam pojęcia? Mam już dosyć tych tajemnic. Najpierw rodzice, teraz ty…
– Moim zadaniem nie jest wtajemniczenie cię w sytuacje, a jedynie zaklimatyzowanie w niej. To od rodziców powinnaś dowiedzieć się prawdy o Wacławie i o samej sobie.
– Powiesz w końcu, o co chodzi? – Niecierpliwiła się.
Megi wiedział, że ta rozmowa jest nieunikniona. W końcu spojrzał na Gurbin z poważną miną i powiedział:
– Twój dziadek był czarodziejem, a ty jesteś jego następczynią – rzekł niechętnie. Zdawał sobie sprawę, że dziewczynka powinna to wiedzieć już wcześniej. Nie spodziewał się, że to on będzie musiał jej wszystko powiedzieć. Eliza patrzyła na niego z szeroko otwartymi oczyma, a na jej twarzy zaczął ukazywać się lekki uśmiech, który później przeistoczył się w nieopanowany śmiech. Pies z niewzruszoną miną czekał, aż ta się uspokoi.
– Masz na myśli prawdziwych magów? Takie czary mary, hokus pokus? – odezwała się Eliza, powstrzymując kolejny napad śmiechu. – To był najlepszy żart, jaki słyszałam od dwóch lat! – Dodała, jednak gdy zobaczyła minę Megiego, opanowała uśmiech i z poważnym wyrazem twarzy usiadła na kupce gruzów. ¬– To był żart, prawda?
– Nie, to nie był. żart – odpowiedział.
– Nie wierzę ci – rzekła Gubrin. Pies prychnął pogardliwie.
– To bardzo dziwne z twojej strony. Nie wierzysz w moje słowa, a rozmawiasz ze zwierzęciem. Zapewne też zauważyłaś dziwnych ludzi na pogrzebie swojego dziadka, a może się mylę?
– To nie zmienia faktu, że ci nie wierzę. – Upierała się twardo przy swoim.

– A co skłoniłoby cię do zmiany zdania? – spytał. – Mam ci zrobić, jak to powiedziałaś, czary mary? – Eliza niepewnie potwierdziła głową. – Odsuń się.
Dziewczynka szybko wstała i odsunęła się na bezpieczną odległość. Megi zaczął mruczeć coś cicho pod nosem. Odległość między nimi zaczęła się zmieniać. Nagle z ziemi wyrosły kwiaty, które w mgnieniu oka rozkwitały, po czym zajmowały się ogniem i znikały wraz z ulatniającym się w powietrzu kosmyku dymu. Młoda Gubrin, przecierając oczy, nie mogła uwierzyć w to, co widziała. Z początku myślała, że to może jakaś sztuczka, gra jej wyobraźni… Jednak to nie było złudzenie. Pies urwał jeden z pąków i podał go Elizie, który po przeobrażeniu się w piękny czerwony kwiat, spłonął jej w dłoni. – Teraz mi wierzysz? – spytał z nutą znudzenia w głosie. Dla niego było to coś tak normalnego, jak oddychanie, jednak nie dla niej. Dziewczynka ze zdumienia pokiwała tylko głową. Nie była w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa. Megi usiadł na gruzach i spojrzał na nią. – To co ci teraz powiem już dawno powinnaś wiedzieć od swoich rodziców, ale skoro nie masz o niczym pojęcia, powiem ci kim jesteś. Chcesz tego?
– Tak – szepnęła. W głębi duszy cieszyła się, że w końcu pozna tak długo ukrywaną przed nią prawdę, z drugiej jednak strony bała się ją poznać.
– Twój dziadek nie był zwyczajnym nauczycielem. Był znakomitym alchemikiem. Nauczał w szkole magii przez wiele lat, aż przeszedł na zasłużoną emeryturę. – Eliza przytaknęła potwierdzająco głową, chłonąc każde jego słowo. – Mimo to, nadal regularnie nas odwiedzał, czasem nawet prowadził lekcje. Uczniowie go uwielbiali… – Megi na moment przerwał opowieść, uśmiechając się, przywołując miłe wspomnienie. Po chwili ocknął się, mówiąc dalej. – Z udostępnionych mi źródeł, wynika iż nikt w twojej rodzinie, po za dziadkiem, nie jest czarodziejem. O szczegółowych informacjach musiałabyś porozmawiać z rodzicami lub dyrektorem Layola, ponieważ tego typu dane są utajone i nikt po za wybranymi osobami nie ma do nich dostępu. Mówiąc ogólnie. W tym roku będziesz obchodzić swoje jedenaste urodziny. Właśnie wtedy rozpoczyna się naukę w szkole Layola, zaś ja mam za zadanie odszukać nowych uczniów i przyprowadzić ich na rozpoczęcie nowego roku szkolnego.
– No, ale mam się tam pojawić od tak? – spytała Eliza. Wydawało jej się to zbyt proste, by wystarczyła zwyczajna zgoda na zostanie czarodziejką.
– Jeśli chodzi o przystąpienie do szkoły, są pewne obowiązujące zasady, jeśli o to pytasz. Według prawa czarodziejów istnieją dwa typy magów. Melfiorzy, czyli czarodzieje z urodzenia, tacy jak ja oraz Solici, czyli ty. Twoi rodzice nie są czarodziejami, jednak masz prawo uczęszczać do Layola. Melfiorzy nie mają wyboru i muszą chodzić do tej szkoły, jednak Solici mogą wybrać. Po pierwsze uczeń musi się dobrowolnie zgodzić na rozpoczęcie nauki, po drugie, zgodę muszą wyrazić jego rodzice.
– A co jeśli jedna ze stron nie wyrazi zgody? – spytała Eliza.
Już widziała miny swoich rodziców. Była przekonana, że nigdy się nie zgodzą, by miała cokolwiek wspólnego z magią.
– Za mojej kadencji nie zdarzyło się nic podobnego. Zauważyłem, że jeżeli rodzice się nie zgadzają, dziecko nie podważa ich decyzji.
– Może to głupie pytanie, ale co się dzieje, gdy zgoda jest po obu stronach? – spytała.
– Zjawiasz na rozpoczęciu roku szkolnego pierwszego września – odpowiedział Megi. Dziewczynka zrobiła zdziwioną minę.
– Tak po prostu? Bez żadnych testów?
– Tak. W tym roku ma przybyć około stu pięćdziesięciu pierwszorocznych.
– Czyli jestem czarodziejką?
– Jeszcze nie. Zostajesz nią po przekroczeniu bramy Layola.
– Wspominałeś o tym, że potrzebna jest jeszcze zgoda opiekuna. Czy to znaczy, że…
– Tak. Ty, ja i twoi rodzice spotkamy się trzydziestego sierpnia, by załatwić tę niezbędną formalność. Tymczasem muszę już iść, gdyby jednak zaszła potrzeba, żeby szybciej się z wami zobaczyć powiedz „summit Megi”, a deportuje się przy drzwiach twojego domu. – Eliza chciała coś powiedzieć, ale Megi uprzedził ją, zupełnie jakby dokładnie wiedział, o czym pomyślała.
– Będę w zwykłej postaci. Czas na mnie. Do zobaczenia – rzekł i pobiegł przez gruzy, znikając w polu z żytem.
 

 
Wpis tylko dla znajomych

Wpis tylko dla znajomych

 

 

*TOM DRUGI - ZMIENNY CHARAKTER*

*Rozdział piętnasty - "Bolesny" spacer na Wielki Rynek*

- Jaką kiecę mam ubrać? Tą zieloną czy tą niebieską? - spytała samą siebie Iza, trzymając w jednej dłoni wieszak z jedną sukienką w drugiej z drugą.
- A może różową - powiedziała po chwili, sięgając po inną do szafki, zanim jednak zdążyła ją chwycić, usłyszała dzwonek do drzwi. Nie namyślając się dłużej, machnęła ręką i rzucając sukienki na łóżko, włożyła swoje jasne dżinsowe spodnie, po czym wyszła z pokoju. Kiedy dziewczyna otworzyła drzwi, ujrzała Budynia
- Idziesz? - spytał
- Pewnie - odpowiedziała Rabczyńska i razem z chłopakiem wyszła na dwór. Dziewczyna już od dłuższego czasu kręciła z Marcinem, jednak ten skutecznie nie dawał po sobie tego poznać.
- Gdzie będziemy szli?
- Możemy iść na Stary Rynek.
- To chodźmy - rzekł Budyń i razem z Izą poszedł w stronę rynku.
Rabczyńska była w stu procentach pewna, że Schreiber spyta jej się o chodzenie, lecz pomyliła się. Chłopak był dla niej miły, wesoło spędzili czas, ale Budyń nie spytał się o tak oczekiwaną przez Izę sytuację.
<<Może jest nieśmiały?>>
Pocieszała się Rabczyńska lecz nawet to nie dawało jej radości. Odprowadzona pod sam dom, pożegnała się z chłopakiem jak starzy dobrzy kumple, po czym zamknęła drzwi i wbiegła na górę do swojego pokoju. Nie namyślając się dłużej zadzwoniła do Guły, by przyszedł do niej jak najszybciej, nie wyjaśniając dokładnie o co chodzi. Chłopak zjawił się pół godziny później, zziajany jak nigdy. Miał do przebycia pół Malownic, aby w jak najkrótszym czasie dostać się z ulicy Eminema pod Meteorę.
- Co się stało? Byłaś dziś umówiona z Marcinem przecież – powiedział chłopak, po czym duszkiem wypił przyniesioną zimną wodę w szklance przez Izę. Dziewczyna usiadła obok przyjaciela.
- Byłam, ale jak widać już wróciłam.
- Czemu?! - Zdziwił się Karol.
- Jeszcze się nie spytał. – Rabczyńska nie musiała tłumaczyć Gule o co miał się pytać Budyń. Chłopak przyjaźnił się z Izą i był na bieżąco z jej problemami, nawet miłosnymi.
- Myślę, że potrzebuje czasu. W końcu jestem chłopakiem, co nie?
- Jakoś Bourdon nie potrzebował – burknęła Rabczyńska przypominając sobie jak Oxfordka szybko owinęła sobie wokół palca Rob’a. Guła przewrócił oczami. Starał się ją pocieszyć, a ona robiła wszystko, by mu się nie udało.
- To, że Budyń jest taki, a nie inny to nie twoja wina. Jedni się pytają po dwóch godzinach inni po roku.
- Może masz rację... Ja już sama nie wiem - rzekła Iza, patrząc na przyjaciela wpatrzonego w obraz boiska.
- Prędzej czy później zmienisz się tak jak Ox.
- Czemu? - spytała Iza nic z tego nie rozumiejąc.
- Zobacz - odpowiedział Guła i puścił do okna Rabczyńską. Na dworze po ulicy F. Minora szedł Rob i Oxfordka ubrana w... krótką spódniczkę i czarne baletki. Jakby nigdy nic szła z chłopakiem po chodniku nie wiedząc, że na ulicy Tupaca 3 w oknie, Iza i Guła mają otwarte ze zdziwienia buzie.
- Od kiedy Ox chodzi w kiecy? – zdziwiła się Rabczyńka odchodząc od okna.
- Raczej od czasu, gdy jej oczkiem w głowie stał się Rob - rzekł Guła.
- Wiesz co? Mam nadzieję, że charakterek też jej stępi bo jak będzie tak dalej do każdego się burzyć to sama kiedyś oberwie.
- Racja - Zgodził się Guła dalej patrząc przez okno
Trzydziestego czerwca Oxfordka poszła na samotną przechadzkę po Wielkim Rynku. Za wiele myśli i wspomnień kłębiło się jej w głowie. Minął zaledwie rok, a tyle wydarzyło się w jej życiu. Jeszcze niedawno myślała że Meteora jest tak zajęta koncertowaniem, że na nic nie ma czasu, a tym bardziej, że ich spotka i jeden z nich będzie nadawał sens jej życiu oraz zapełni w sercu lukę. Całe jej życie przewróciło się do góry nogami i to w zaledwie rok! Dla czternastoletniej dziewczyny mogłoby to być wprost rewolucją, lecz nie dla niej... Oxfordka wiedziała, że szczęście nie będzie jej ciągle towarzyszyć i kiedyś ją opuści, a w życiu zapanuje smutek, żal i gorycz jakiej nigdy nie zaznała. Dopóki miała to na co od dawna czekała czyli miłość, rodzinę i kumpli, korzystała z tego. Właśnie od czasu gdy poznała Bourdona postanowiła się zmienić przede wszystkim dla niego, ale i także dla innych, żeby nie uważali jej za tą „naj” w grupie. Jedyne co pozostawić chce na miejscu to zakaz wstępu Wiewiórki na Meteorę. Oxfordka, gdy sobie przypomniała co chciał zrobić w parku, na co sama się zgodziła, by ratować Tarmińskiego, łzy same pojawiły się w oczach. Z pewnością gdyby w porę nie pojawił się Rob, Oxfordka zrobiłaby coś głupiego i nieodwracalnego.
Na Wielki Rynek przychodziło mało znajomych Oxfordki zaś jej wrogów pełno i niestety, ale natrafiła na tego największego. W jej stronę zbliżał się Wiewiórka i wcale nie ukrywał, że zmierza prosto do niej. Gosia wstała z ławki i próbowała się wymknąć w przeciwną stronę lecz z tamtej szli następni. Dziewczyna poszła w bok, ale tam też szła zgraja kolegów Wiewiórki. Oxfordka odwróciła się do tyłu i stanęła prosto przed Łukaszem.
- Cześć Słonko - Powitał dziewczynę Wiewiórka, a Gosia patrzała na niego z obrzydzeniem.
- Pamiętasz nasze ostatnie spotkanie? Fajnie było, ale musieli nam przeszkodzić.
- Odwal się - rzekła dziewczyna i odwróciła się, lecz chłopak ją złapał i uderzył w twarz.
- Nie skończyłem z toba d**o! - powiedział.
- Ale ja z tobą tak - odparła Oxfordka. Łukasz ją pchnął tak, że ta spadła na ziemię.
- Oh! Może ci pomóc?
- Zostaw mnie!
- Nie mogę. Jezus kazał pomagać.
- Pieprz się – powiedziała przez zaciśnięte zęby dziewczyna. Kalkulowała pośpiesznie w myślach jakie ma szanse na ucieczkę, jednak były one małe. Z każdej strony wyłaniał się kolego Wiewiórki.
- Z Tobą? Z miłą chęcią - rzekł chłopak i bez żadnych skrupułów kopnął Oxfordkę w brzuch. Dziewczyna krzyknęła i złapała się za zranioną część ciała. Łukasz i jego koledzy zaczęli się śmiać. - Dobra! - Śmiał się Wiewiórka. - Zabawcie się. Ja mam robotę - rzekł chłopak i jeszcze raz kopnął dziewczynę. Kumple Łukasza podeszli do niej z uśmiechem na twarzy.
- Proszę! – Błagała, lecz chłopacy dalej szli w jej stronę. - Proszę! - Powtórzyła dziewczyna po czym około piętnastu chłopaków zaczęło ją okładać, aż zemdlała. Koledzy Łukasza doszli do wniosku, że mogą ją zostawić i poszli, opuszczając zakrwawioną dziewczynę leżącą na uboczu.
  • awatar ღ Pani M.ღ: @The.End.: uwierz Wiki przyjdzie na niego czas. Taki porządny czas.
  • awatar The.End.: Wyobraziłam sobie Ox w spódnicy i baletkach :D A ten Łukasz ma w następnym rozdziale dostać w ryj,no :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

*2. Gdy nadejdzie czas...*

*CZTERY LATA PÓŹNIEJ*

Od pogrzebu Gurbina minęły cztery lata. Eliza w tym czasie uczęszczała do miejscowej szkoły podstawowej, gdzie nie myślała tak często o utracie najbliższej sobie osoby. Bywały dni, że nie była w stanie myśleć o niczym innym, niż prace domowe, szkolne przedstawienia, czy niezliczone wyjazdy z rodzicami w atrakcyjne miejsca. Mimo upływu lat, regularnie chodziła na cmentarz, przysiadając obok nagrobka swojego dziadka i rozmyślając o nim. Eliza często wymykała się z domu również do miejsca, gdzie niegdyś mieszkał Gurbin, mimo iż rodzice zabraniali jej kręcić się w tamtej okolicy, jak to powiedzieli „ dla jej własnego bezpieczeństwa”. Dziewczynka nie potrafiła wymazać ze swojej pamięci chwil spędzonych wspólnie z dziadkiem. Pewna część jej samej umarła razem z nim, pozostawiając na duszy ślad, by nigdy nie mogła o nim zapomnieć. Siedząc na trawie, tuż przy dawnej bramce prowadzącej na posesję Gurbina, Eliza wpatrywała się w zachodzące słońce, a po jej policzku spływała łza. Dookoła słychać było jedynie świerszcze i poruszane przez wiatr źdźbła zboża, kołysane w jednym rytmie. Kiedy słońce schowało się za horyzontem, wstała, otrzepując się z paprochów. W dłoni trzymała kilka polnych kwiatów, które związała trawą, tworząc z niej kokardkę. Dziewczynka ostrożnie położyła je przy słupku informującym do kogo należał dom, zabierając uschnięte już inne kwiaty. Spojrzała ostatni raz na pozostałości z posesji, po czym ruszyła w drogę powrotną do domu, obiecując sobie w duchu, że niebawem znów tu przyjdzie.
***
Koniec wakacji zbliżał się nieubłaganie ku końcowi. Po męczącym dniu, spędzonym na rodzinnym chodzeniu po sklepach, Eliza wybrała się na spacer po okolicy. Przeszła się po piaszczystej plaży w poszukiwaniu muszelek dla swojej rybki, posłuchała miejscowych grajków zabawiających turystów i spotkała koleżankę, z którą się przyjaźniła przez ostatnie trzy lata. Obie ruszyły na obrzeża miasta, kierując się na jedną z polnych ścieżek.
- Razem z mamą wyprowadzamy się do Wrocławia za dwa tygodnie. Większość rzeczy mamy już tam przeniesione – powiedziała koleżanka, idąc z Elizą wyjeżdżoną przez traktory, polną dróżką.
- To bardzo ładne miasto – odpowiedziała Gurbin, chwytając niedojrzałe źdźbło zboża i bawiąc się nim.
- Ale nie tak ładne, jak Kołobrzeg. No i komu by się chciało jechać taki kawał drogi tylko, po to, by popatrzeć na dziurawe ulice? Mama mówi, że kiedyś wszędzie były takie drogi jak we Wrocławiu.
- Może tak, może nie, ale widocznie to ma jakieś ważne znaczenie historyczne, jeśli do dziś nikt nic nie zrobił z tymi dziurami – odpowiedziała Eliza.
- Tak… Ja niedługo będę musiała wracać do domu. Odprowadzić cię? – spytała koleżanka.
- Nie, dziękuje. Przejdę się jeszcze kawałek – rzekła, po czym pożegnała się z koleżanką i ruszyła dalej. Ścieżka dobiegała ku końcowi w momencie, kiedy dziewczynka stanęła przy drewnianym słupie. Spojrzała na niego z wyrazem tęsknoty na twarzy.
Wacław Gurbin ul. Leśna 1.
Informowała tabliczka przybita do słupka. Była lekko nadpalona i przekręcona, więc dziewczynka otarła ją chusteczką i poprawiła, by była prosto. Do dziś pamięta, kiedy razem z dziadkiem ją przybijała do tego niepozornie wyglądającego słupka i jak dobrze razem się bawili, maczając swoje dłonie w farbie, by później umazaną rękę przyłożyć do tabliczki, pozostawiając na niej ślad dłoni. Eliza przyłożyła swoją dłoń w miejsce, w którym widniał ślad ręki jej dziadka. Nadal miała mniejszą rękę niż namalowany odcisk, a kiedy przyłożyła ją do swojej, zauważyła, że palcami delikatnie wychodzi po za jej krawędź. W zamyśleniu ominęła tabliczkę, kierując się w miejsce, gdzie niegdyś stał dom jej ukochanego dziadka. Teraz zamiast niego zobaczyła tam kupkę gruzów, urwaną biało czerwoną taśmę z napisem „policja” i psa.
- „Skąd to zwierze znalazło się w takim opuszczonym miejscu?”. – Pomyślała Eliza patrząc ze zdziwieniem na stworzenie. Podeszła po cichu jak najbliżej do zwierzęcia, jednak niechcąco nadepnęła na szkło, które pod jej ciężarem pękło. Przestraszone stworzenie odwróciło się do dziewczynki, warcząc groźnie i zmierzając ją wzrokiem. Dziewczynka powoli, bardzo powoli zaczęła się cofać w obawie, że pies rzuci się na nią. Był on całkiem sporych rozmiarów, a jego futro świadczyło, że dawno nie brał kąpieli. Jego oczy błyszczały na tle czarnej sierści, zaś on sam usiadł na tylnich łapach i zaszczekał donośnie. Przestraszona Gurbin przewróciła się, kalecząc sobie rękę. Krew zaczęła powoli wydobywać się z małej ranki, wiec Eliza wyciągnęła materiałową chusteczkę z kieszeni, by owinąć sobie skaleczenie. Pies patrzył na Gurbin przez chwilę, po czym jego wzrok zatrzymał się na małym skrawku błękitnego materiału. Nagle zerwał się na równe nogi i skoczył na Elizę, zaś ta z przerażenia skuliła się, okrywając swoją głowę przed atakiem, jednak nic się nie stało. Powoli podniosła wzrok i ujrzała stojącego trzy metry przed nią psa, trzymającego w pysku jej chusteczkę.
- Skąd ją masz? – przemówił pies. Zszokowana Eliza patrzyła na zwierzę z otwartą buzią, jednak nie odpowiedziała na pytanie. – Co się tak patrzysz? – Zdziwił się pies. Dziewczynka drżącą ręką wskazała na niego palcem.
- Jak ty… że no pies… eee… nie wierzę – powiedziała Gurbin, wstając z ziemi i podchodząc do psa. Zwierzę nie ruszyło się z miejsca tylko śledziło każdy ruch Elizy, ta zaś dotknęła jego czarnej sierści w obawie, jakby to był sen. – Prawdziwy jesteś – rzekła, odsuwając się od niego, by widzieć go w całej okazałości. Pies usiadł na tylne łapy i wydał z siebie dźwięk porównywalny do śmiechu.
- Nie, zabawkowy. Oczywiście, że jestem prawdziwy, jednakże dalej nie odpowiedziałaś na pytanie, skąd to masz – odpowiedział pies, łapą wskazując na leżącą przed nim chusteczkę. Eliza chciała ją podnieść, jednak zwierze przytrzymało ją łapą. – Nie mam czasu na żarty. – Dodał, ukazując swoje jakże dobrze wyposażone uzębienie.
- Dostałam ją w prezencie – powiedziała nieśmiało dziewczynka, siadając na deskę, która posłużyła jej za ławkę.
- Od kogo? – spytał pies.
- Od bliskiej mi osoby – odpowiedziała Eliza i widać było, że dziewczynka niechętnie chce rozmawiać na temat swojej chusteczki.
- Imię i nazwisko. Kto dał ci tą chusteczkę? – Nie ustępowało zwierze. Dziewczynka rozejrzała się po okolicy.
- Od dziadka.
- Jakiego dziadka?
- Od mojego dziadka! – krzyknęła wyprowadzona z równowagi. – Od mojego dziadka Wacława Gurbina, który mieszkał właśnie tutaj! A ty śmiesz mi grozić w jego dawnej posiadłości! Jesteś niemiły! – wrzasnęła Eliza, podnosząc się gwałtownie ze swojego miejsca, wyrywając chusteczkę psu i biegnąc w kierunku, gdzie niegdyś znajdowała się brama wyjściowa od domu. Pies pobiegł za nią.
- Zaczekaj! – krzyknął, lecz dziewczynka nie zatrzymała się. Zwierze dogoniło ją, zastępując jej drogę i niebezpiecznie szczekając, ukazując przy tym rząd swoich ostrych zębów. Eliza przestraszona stanęła ze łzami w oczach, bojąc się, że może zrobić jej krzywdę. – Megi. Nazywają mnie Megi – powiedziało zwierzę, wyciągając przednią łapę. Rękawem swojej bluzki Gurbin wytarła łzy, po czym niepewnie uścisnęła łapę psu.
- Eliza. Eliza Gurbin.
- Niebawem znów się spotkamy – rzekł Megi i już chciał odejść, gdy dziewczynka go zawołała. Pies odwrócił się w jej stronę.
- Kiedy? I gdzie?
- Pod koniec sierpnia tutaj – odpowiedział Megi i pobiegł dalej.
- Dobrze – szepnęła Eliza i ruszyła w stronę domu.

Od spotkania z psem minął tydzień. W tym czasie nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego i Eliza całkiem zapomniała o tym, czego była świadkiem. Wspomnienie Megiego było tak odległe, że niemal nierealne w porównaniu z otoczeniem wnuczki Wacława. Przez cały tydzień nie spotkała żadnych zwierząt, które potrafiły by mówić, ani niczego co odbiegałoby od rzeczywistości.
Układając książki na półce, usłyszała śmiech swojej mamy, która była na dole w salonie. Zaintrygowana tym dziewczynka zeszła na dół po schodach, zaglądając do pomieszczenia, w którym jej rodzice pili popołudniową kawę.
- Z czego się śmiejecie? – spytała, sadowiąc się obok mamy.
- Spójrz. To ty, kiedy miałaś roczek. Potłukłaś wtedy ulubiony kubek taty, który dostał, kiedy chodził do technikum – odpowiedziała kobieta, podając jej gruby album ze zdjęciami i wskazując fotografię na górze, gdzie malutka dziewczynka, ubrana w czerwoną sukienkę w kropki patrzyła niewinnie w obiektyw aparatu, a tuż obok niej leżały rozbite kawałki kubka. – Twój tata nieźle na ciebie wtedy nakrzyczał, ale jak spojrzał w twoje oczy nie potrafił się na ciebie dłużej gniewać – dodała i przewróciła na kolejną stronę.
- A to zdjęcie? – spytała Eliza, wskazując palcem starą fotografię z kobietą w ciąży i mężczyzną obok niej.
- To ja i twój tata. Byłam wtedy z tobą w ciąży – odpowiedziała mama.
- Już wtedy dawałaś się we znaki swojej matce – odezwał się tata Elizy. Zaciekawiona usadowiła się wygodniej obok rodziców, czekając na szczegóły. – Cały dzień siedziałaś cicho, a gdy czas było iść spać, nagle zachciało ci się spaceru – powiedział mężczyzna. Ich córka spojrzała na nich znacząco.
- Spaceru?
- O tak. Tak się ruszałaś, że mama nie mogła usnąć – odpowiedział mężczyzna śmiejąc się pod nosem. Eliza również się zaśmiała.
- Ale ze mnie ziółko – powiedziała i przewróciła na kolejną stronę, skąd na podłogę upadła koperta, z której wyleciały wycięte z gazety zdjęcia z ich krótkim opisem. Dziewczynka podniosła je, a gdy zobaczyła co na nich było, uśmiech zniknął jej z twarzy. Było już za późno, żeby zabrać je córce , więc zapadła niezręczna cisza. Eliza patrzyła na wycinki z gazety, które ilustrowały zrujnowany samochód, którego tył zatrzymał się na drzewie. Nie za wiele mówiły jej te obrazki, jednak znalazła w nich coś znajomego. Jej pluszowy miś, który dziś znajduje się w jej pokoju bez jednego ucha. Eliza spojrzała na rodziców. – Czy to jest… - Oglądała dokładnie kawałki papieru, by odnaleźć w nich coś więcej, jednak nie znalazła. Nasuwało jej się tylko jedno pytanie, które koniecznie musiała zadać rodzicom. – Mamo… Czy my mieliśmy kiedyś wypadek? – Kobieta zabrała z jej kopertę, chowając do środka wycinki z gazety, po czym spojrzała na męża wymownie. – Mamo?
- Tak. Mieliśmy wypadek – odpowiedział jej tata. – To było kiedy miałaś trzy latka. Jechaliśmy po choinkę na Boże Narodzenie. Padał śnieg, a droga była skuta lodem. Przez krótką widoczność na drodze nie zauważyłem, że z lewej strony jedzie rozpędzony samochód. Starałem się wyhamować i wtedy wpadliśmy w poślizg. Uderzyliśmy w to drzewo, które widziałaś na zdjęciu, a ty siedziałaś z tyłu – opowiadał mężczyzna. Eliza słuchała tego uważnie z wyrazem smutku na twarzy.
- Ktoś zadzwonił po pogotowie i przewieźli nas do szpitala. My mieliśmy tylko parę maleńkich ran, jednak ty… - odezwała się jej mama, a z twarzy zaczęły cieknąć jej łzy.
- Co było ze mną? – spytała po cichu dziewczynka.
- Twój stan był krytyczny, a lekarze nie dawali ci szansy na przeżycie. Jednak wtedy stał się cud – powiedział tata i przerwał na chwilkę. Jego żona otarła łzy i uśmiechnęła się do córki, kończąc opowiadać wydarzenia tamtych dni.
- Po tygodniu twój stan zaczął się diametralnie poprawiać, a dwa tygodnie później lekarze wypisali cię do domu z ogólnym stanem zdrowia jako dobry. Do dziś nie wiemy jakim cudem jesteś z nami, jednak dziękuje Bogu, że cię nie straciliśmy – powiedziała kobieta i przytuliła swoją córkę do siebie. Eliza uśmiechnęła się do niej.
- Nie płacz. Jestem tutaj – rzekła. Jej tata uśmiechnął się.
- Gdybyś kiedyś była taka opanowana jak teraz, to wysypiałbym się częściej – odezwał się mężczyzna. Dziewczynka spojrzała na niego pytająco.
- Twojemu tacie chodzi o to, że nie mogliśmy ciebie w żaden sposób uspokoić. Nie pomagały prośby, kupowanie słodyczy, krzyki… nic.
- Więc co robiliście? – spytała zaciekawiona.
- Wołaliśmy twojego dziadka – odpowiedział jej tata, na co dziewczynka otworzyła buzię ze zdziwienia.
- Dziadka?
- Tak. Tylko przy nim się uspokajałaś. Nie wiem jak on to robił, ale gdy tylko pojawiał się w pobliżu, nie liczyło się nic prócz niego. Od razu przestawałaś płakać – odpowiedziała jej mama.
- Nie wiedziałam – szepnęła Eliza.
- No widzisz. Nikt nie wiedział póki się nie przekonał, a teraz czas jechać na zakupy. Kto jedzie ze mną? – spytała mama, na co jej córka zeskoczyła z kanapy i pobiegła do pokoju po swoje drobne oszczędności.
 

 

*1. Grobowa cisza*

Dzień był słoneczny. W powietrzu unosił się zapach wędzonej ryby, zaś turyści śpiesznie dążyli w stronę nadmorskiej plaży. Każdy był uśmiechnięty i wesoły, jednak nie oni. Szli w ciszy przez zaludnione uliczki ku cmentarzowi, a ich szlochy i zawodzenia odbijały się echem od świeżo wyremontowanych kamieniczek. Na przedzie szła kobieta z małą dziewczynką oraz mężczyzna. Kobieta ubrana na czarno z upiętymi w schludny kok czarnymi włosami trzymała dziewczynkę za rękę, ocierając sobie łzy rąbkiem chusteczki. Mała patrzyła to na nią, to na mężczyznę jednak nie odezwała się ani słowem. Jej czarne włosy opadały na ramiona, kręcąc się na końcu. Miała delikatną czarną sukienkę i balerinki z malutką białą kokardką. Szła dzielnie, dotrzymując im kroku i tylko co jakiś czas spoglądała w tył podejrzliwym wzrokiem.
- Mamo, co to są za ludzie, ci z tyłu, którzy uczestniczą w pogrzebie dziadka? – spytała dziewczynka, pociągając kobietę za rękaw żakietu.
- Nie teraz Eliza, później porozmawiamy – uciszył ją mężczyzna, na co mała skinęła przytakująco głową i szła dalej z rodzicami w milczeniu. Kiedy wszyscy doszli do cmentarza, skupili się wokół wykopanej na dwa metry dziury, gdzie na stalowych podnośnikach leżała trumna. Najbliżej stała Eliza wraz ze swymi rodzicami, zaś nieco dalej reszta uczestników pogrzebu. Dziewczynka z bacznością im się przyglądała, zwłaszcza niektórym osobom ubranym w dziwaczne stroje i czapki. Na tle osób, które znała wyglądali oni podejrzanie, jednak ciekawiło ją, kim oni są i co robią na pogrzebie jej ukochanego dziadka. Nigdy wcześniej ich nie widziała, a dziadek nigdy o nich nie wspominał. Nie posiadał nawet ich zdjęć w swoim albumie. Skąd zatem są ci ludzie? Co wspólnego miał z nimi jej dziadek? Dziewczynka nie mogła długo wytrzymać bez odpowiedzi na te pytania, jednak cierpliwie czekała, aż będzie mogła w końcu spytać się swojej mamy, co to wszystko ma znaczyć.
- Zebraliśmy się tutaj, by pożegnać naszego brata Wacława Gurbina, który odszedł do mieszkania naszego ojca niebieskiego. Pomódlmy się w intencji jego duszy – powiedział ksiądz do zebranych na cmentarzu, po czym wszyscy zaczęli odmawiać znaną każdemu modlitwę. Wszyscy, prócz tych, których od samego początku Eliza uważała za podejrzanych. Jedni patrzyli przed siebie, jak w traumie, a inni mruczeli coś pod nosem.
- „Co to za dziwni ludzie” - pomyślała Eliza, jednak na chwilę odepchnęła od siebie to pytanie i zagłębiła się w modlitwie. Ceremonia pogrzebowa skończyła się dosyć szybko, ludzie rzucili garstkę piachu na trumnę jako znak ostatniego pożegnania, po czym odchodzili na bok, pozwalając innym uczynić to samo. Niektórzy podchodzili do rodziców dziewczynki, składając im najszczersze kondolencje, zaś ich córka przyglądała się temu z niewzruszoną miną. Nie była ani smutna, ani wesoła, po prostu tam stała i obserwowała wszystko, co działo się wokół niej. Nagle ktoś chwycił ją za rękę. Nie był to nikt z dorosłych, ponieważ ta ręka doskonale dopasowywała się do dłoni Elizy. Podniosła ona wzrok i ujrzała dorównującą jej wzrostem dziewczynkę, również ubraną na czarno. Na głowie miała kapelusik z maleńkim, czarnym piórkiem utkwionym w broszce. Nieznajoma uśmiechnęła się lekko, po czym powiedziała nieco zawstydzona.
- Bardzo mi przykro z powodu śmierci twojego dziadka. Jestem pewna, że gdyby nadal żył, byłby dumny z takiej wnuczki jak ty. – Eliza patrzyła przez moment na dziwną nieznajomą, po czym również odwzajemniła nieśmiało uśmiech i odpowiedziała.
- Dziękuję za te miłe słowa… - Dziewczynka nie dokończyła.
- Amanda. Amanda Barent – odpowiedziała nieznajoma, jakby czytała w myślach dziewczyny.
- Amanda… - powtórzyła, po czym dodała: – Eliza Gurbin.
- Jesteś bardzo silna. Nie uroniłaś ani jednej łzy – powiedziała Amanda.
- Dziadek zawsze mi powtarzał, że ci, którzy odchodzą z tego świata, zawsze są z nami tutaj – odpowiedziała Eliza, przykładając swoją dłoń do miejsca, gdzie znajdowało się jej serce. – Mówił również, że powinniśmy płakać tylko, jeśli spotka nas coś przykrego, a pogrzeb nie jest przecież do końca czymś przykrym. Skąd możemy mieć pewność, że tam gdzie znajduje się mój dziadek nie jest lepiej niż tutaj? – dodała i uśmiechnęła się do Amandy.
- Bardzo mądre słowa, mam nadzieję, że… - Dziewczynka nie dokończyła, gdyż usłyszała swoje imię. Odwróciła się, zauważając kobietę, która machała do niej na znak, że ma już się pożegnać. - Muszę iść. Moja mama mnie woła – powiedziała Barent. – Do zobaczenia – dodała, oddalając się. Eliza pomachała nowej koleżance na pożegnanie, po czym również dołączyła do rodziców. Zapraszali oni właśnie ostatnich uczestników pogrzebu na stypę. Tata Elizy ostatni raz spojrzał w miejsce, gdzie został pochowany jego ojciec, następnie wziął żonę oraz córkę za rękę i razem ruszyli ku wyjściu z cmentarza.
Stypa odbyła się w nadmorskiej restauracji. Większość uczestników pogrzebu od razu po wyjściu z cmentarza pojechała do domu, jednak bliższa rodzina i znajomi przyszli na skromny poczęstunek. Rodzice Elizy usiedli przy stole, więc teraz dziewczynka spokojnie mogła zadawać im pytania.
- Mamo, kim są ci wszyscy ludzie dziwnie ubrani? – Zadała pierwsze pytanie. Jej tata pochylił się nad nią tak, by tylko ona mogła usłyszeć co mówi.
- To są znajomi twojego dziadka.
- Ale nigdy ich nie widziałam, a dziadek…
- Twój dziadek bardzo dużo podróżował, kochanie. Był też nauczycielem, więc może to są jego uczniowie z dawnych lat. Naprawdę nie mam pojęcia, kim oni są, ale jeśli oni tak dobrze znają twojego dziadka, wypadało ich zaprosić. – Przerwał dziewczynce tata. Eliza chciała jeszcze o coś zapytać, jednak mężczyzna to wyczuł i dodał: – Nie zadawaj więcej pytań. – Jego córka dała za wygraną. Podparła swoją głowę dwiema dłońmi i obserwowała nieznajomych, szukając w nich jakiegoś znaku, który dałby jej odpowiedź, skąd i kim są ci ludzie. Długo nie dostrzegała w nich nic nadzwyczajnego, póki dwóch mężczyzn nie przeszło obok niej, rozmawiając w dwóch różnych językach. Jeden z nieznajomych mówił po angielsku, drugi zaś po francusku, jednak to nie przeszkadzało im, by mogli się nawzajem zrozumieć.
- „A może oboje potrafią mówić w tych językach?” – pomyślała Eliza, przysłuc**jąc się rozmowie nieznanych ludzi, jednak jej podejrzenia szybko rozwiała śmiejąca się z drugiego końca sali kobieta, która szybkim krokiem podeszła do mężczyzn, mówiąc do nich po niemiecku. Osoby siedzące w pobliżu skwapliwie potakiwały, a różnorodność języków przekraczała najśmielsze wyobrażenia Elizy. – „ To się nie dzieje naprawdę” – pomyślała dziewczynka odwracając się w stronę swoich rodziców, jednak jej tata znów wyczuł zbliżające się pytanie i tylko pokręcił przecząco głową. Zrezygnowana dziewczynka postanawia, że prędzej czy później rodzice będą musieli jej coś powiedzieć, jednak teraz w pełni skupiła się na zjadaniu coraz to większych porcji placka.
Po niespełna godzinie, goście zaczęli rozchodzić się do domów. Nie obyło się bez podziękowań, pożegnań oraz ponownych wyrazów współczucia. Pozostała tylko jedna osoba w sali. Rodzice Elizy sprzątali z grubsza pomieszczenie, pakując ciasta, które pozostały, zaś ich córka patrzyła przez okno na morze. W pewnym momencie, wyczuła iż nie jest sama, a obok niej stoi starszy mężczyzna i patrzy przed siebie, uśmiechając się tajemniczo. Był to jeden z tych dziwacznych ludzi, których nie znała. Eliza przygląda mu się bacznie, na co starzec odwrócił się do niej twarzą.
- Piękny widok. Twój dziadek bardzo lubił morze o zachodzie słońca – powiedział cicho. – Miejmy nadzieję, że tam gdzie teraz jest, żyje mu się o wiele lepiej. – Dziewczynka nic nie odpowiedziała. Nadal przyglądała się nieznajomemu. Za bardzo była w szoku, żeby coś powiedzieć. Od starca płynął spokój i opanowanie. Poczuła się, jakby znała go doskonale. – Na mnie już pora. Do widzenia Elizo – rzekł nieznajomy i oddalił się. Dziewczynka była w takim stanie, że dopiero gdy mężczyzna znikł jej z oczu, ocknęła się, przypominając sobie, że ten ktoś wiedział, jak ma na imię. Pędem zbiegła po drewnianych schodach, by dogonić starca, lecz człowiek zniknął, jakby zapadł się pod ziemię. Rozglądała się jeszcze przez chwilę, jednak prócz wczasowiczów na plaży, nie odnalazła nikogo, kto chodźmy wyglądem mógł przypominać nieznajomego. Z restauracji dobiegał głos mężczyzny, który wołał Elizę, więc dziewczynka wróciła do pomieszczenia, szybko zapominając o starcu.

Minęły dwa dni od pogrzebu. Eliza dużo rozmyślała o dziadku i jego przeszłości. Sądziła, że dobrze go zna, jednak na ceremonii pogrzebowej przekonała się, jak bardzo się myli. Nie miała pojęcia, skąd jej dziadek znał wszystkich tych dziwnych ludzi oraz skąd oni znali jego. Na dodatek każde napomnienie rodzicom na temat znajomych dziadka, kończyło się tym, iż tata koniecznie musiał wyjść z domu, zaś mama była zajęta sprzątaniem i nie miała czasu na pytania. Dziewczyna postanowiła, że na własną rękę dowie się czegoś więcej, szukając czegokolwiek na strychu, jednak nie znalazła tam niczego, co mogłoby należeć do jej dziadka, a jego dom był przecież zrównany z ziemią. Siedząc w pokoju z kubkiem gorącej czekolady w dłoni, Eliza czytała książkę, kiedy z dołu usłyszała krzyki swoich rodziców. Dziewczynka po cichu otworzyła drzwi swojego pokoju, by usłyszeć, z jakiego powodu jej rodzice się kłócą. Nie słyszała wszystkiego, jednak jedno słowo wystarczyło, by Eliza skradła się prawie na sam dół.
- Dość mam już tych listów od rzeszy wielbicieli twojego ojca – krzyczała mama.
- Nic na to nie poradzę! Pamiętaj, co nam opowiadał, zanim Eliza pojawiła się na świecie! To nie są przelewki, a ci ludzie widocznie wiedzą więcej niż my! – Oburzył się tata.
- Nie obchodzi mnie, czy oni wiedzą więcej, czy mniej od nas! Wacław nie uprzedził nas, że to tak się skończy!
- Ale się stało! A Eliza jest zapisana! Od nas zależy, co się dalej stanie. – Mama Elizy usiadła na kanapę, zakrywając twarz w dłoniach.
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. To nie jest decyzja, którą możemy podjąć od tak, siedząc przy śniadaniu – powiedziała kobieta. Dziewczynka nie wytrzymała napięcia i zeszła na dół prosto do salonu, w którym siedzieli jej rodzice.
- Jaka decyzja? – Rodzice spojrzeli na córkę przestraszeni, mając nadzieję, że nie słyszała całej tej rozmowy, jednak było inaczej, a Eliza zadała kolejne pytania: – Czy dziadek zrobił coś złego, że tak się kłócicie? I o jaką rzeszę wielbicieli chodzi? Czy to ci dziwni ludzie? Kim oni są? – Mama dziewczynki nie wytrzymała. Wstała z kanapy i podeszła do swojej córki, zatrzymując się przed nią jak ogromny posąg z piorunującym wzrokiem.
- Elizo Margaret Gurbin! Twój dziadek był dobrym człowiekiem, który zarabiał na życie poprzez podróże po świecie i zdobywanie wiedzy! Miał tak wielu znajomych, których my nie znamy, jak ty włosów na głowie! Jeśli od tej chwili nie przestaniesz zadawać tych pytań, to obiecuję ci, że na tygodniowym szlabanie się nie skończy! – okrzyczała dziewczynkę kobieta. Eliza spojrzała na mamę z wyrazem niezadowolenia, po czym odwróciła się i pędem pobiegła do swojego pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Zrozumiała, że jej rodzice tak samo jak ona nic nie wiedzą, więc postanowiła, że nie będzie się już nigdy więcej zagłębiać w przeszłość swojego dziadka. To co było, już nie wróci, a ona ma przed sobą całe życie. Obiecała sobie, że zapamięta dziadka takim, jakim go znała i uśmiechnęła się w duchu do siebie, stwierdzając, że tak będzie dobrze zarówno dla niej jak i jej rodziców.
 

 
Wpis tylko dla znajomych

Wpis tylko dla znajomych

 

 
Wpis tylko dla znajomych

Wpis tylko dla znajomych

 

 

*Prolog*

Pierwsza kropla deszczu spadła na mały, zielony listek ledwie utrzymujący się na gałęzi. Pod ciężarem tej małej kropelki, zerwał się, opadając leniwie na ziemie, jednak zanim dotknął jej powierzchni, wiatr podniósł go w górę, unosząc coraz wyżej, ponad domy i knajpy zapełnione przez tłum ludzi. Szybował w powietrzu między mewami, niebezpiecznie zbliżając się ku morskim falom. Zepchnięty lekkim podmuchem wiatru upadł w końcu na koc jednego z plażowiczów, który właśnie włączył radio. Właściciel wziął głośniej swój sprzęt, by wśród szumu fal usłyszeć kobiecy głos mówiący o informacjach z regionu.
- W Kołobrzegu, w mieszkaniu na ulicy Leśnej doszło do wybuchu, w którym odnaleziono jedną śmiertelną ofiarę. Był to właściciel mieszkania. Eksplozje najprawdopodobniej spowodowało ulotnienie się gazu. Na szczęście w promieniu dwustu metrów od domu teren był niezamieszkany przez innych ludzi – mówiła kobieta. – Mieszkaniec był podeszłego wieku, zajmujący się sprawami rolnictwa i gospodarstwa na peryferiach Kołobrzegu. Chorowity, miły człowiek. To pierwszy taki wielki wybuch w Kołobrzegu od drugiej wojny światowej. Pan Wacław G. na zawsze będzie zapamiętany przez rodzinę i znajomych. Dla radia Kołobrzeg, Karolina Mogilska. - W tym samym czasie, tysiąc kilometrów dalej, z innej stacji radiowej, można było usłyszeć podobne informacje podawane przez mężczyznę, jednak nieco zmienione.
- Dzisiaj świat stanął w miejscu. Ludzkość straciła właśnie najwybitniejszego alchemika wszech czasów. Wacław Gurbin był nie tylko wielkim odkrywcą, ale również naszym sprzymierzeńcem. Z zaufanego źródła wiemy, iż zamieszkiwał przybrzeżne granice Polski, jednak nie znamy jego dokładnego adresu zamieszkania. W naszych sercach Wacław na zawsze pozostanie bohaterem, człowiekiem sprawiedliwym. Był on wyższym rangą alchemikiem, weteranem walki dystansowej, oddanym przywódcą, osłabionym walkami. Został zamordowany. To pierwszy taki atak od pięćdziesięciu lat – mówił mężczyzna. - Wacław Gurbin na zawsze pozostanie w naszych pamięciach, jako ktoś kto nie tylko wiedział jak walczyć z nieprzyjacielem, ale i był naszą nadzieją na zbudowanie lepszego świata. Dla Radia Celer, Frank Hudge…

William Theodor Miller wyłączył stare radio podające najnowsze informacje ze świata. Wiadomość o Wacławie wstrząsnęła nim dogłębnie. Starzec usiadł na swoim krześle obitym aksamitnym, purpurowym materiałem. Na biurku przed nim piętrzyły się stosy starych zwojów, nadpalonych kawałków papieru i grube skórzane księgi ułożone niezdarnie na rogu stołu. Spomiędzy tych papierów i zwojów starzec wyciągnął małą, puchatą kulkę, którą delikatnie odstawił na pokryte piórkami gniazdko. Okazało się, że była to malutka sówka z oczami tak przenikliwie śledzącymi swojego pana, iż mogłoby się wydawać, że nie widzi po za nim świata.
- Nadchodzą mroczne czasy, Ario. Wyruszysz niebawem z Megim w podróż po Europie. W drodze dowiesz się więcej szczegółów. Tymczasem odpocznij – powiedział William, po czym pogłaskał sówkę po malutkiej, białej jak śnieg główce i wstał z krzesła. Miał już wychodzić z pomieszczenia, gdy drzwi otworzyły się z hukiem.
- Matyldo! – krzyknął zdziwiony starzec.
- Wybacz mi Williamie, jednakże to bardzo pilne! Czy słyszałeś o W…
- Tak moja droga. Słyszałem. To zły znak, jednak nie róbmy paniki wśród uczniów. Niebawem zacznie się kolejny rok w Layola i lepiej być na niego przygotowanym. Megi, Sasza i inni Summici już jutro wyruszają w drogę.
- A co z tą małą dziewczynką? Przecież jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie na zewnątrz – powiedziała Matylda, sadowiąc się na jednej z puf stojącej przy ścianie, bogato zdobionej w nieznane znaki.
- Eliza? Och… Ona wcale nie jest już taka mała. Ma siedem lat.
- To znaczy, że…
- Tak moja droga. To znaczy, że za cztery lata rozpoczyna naukę w Layola. Czy o tym została poinformowana, czy nie, dowiemy się pod koniec lipca, kiedy Megi wróci z Europy. Tymczasem chodźmy do Kreślarni. Musimy dokładnie przestudiować, co tak naprawdę wydarzyło się w Polsce przez miniony tydzień. Elizą natomiast zajmie się Pies. Wszystko w swoim czasie, moja droga.
Gdy nadejdzie czas…
 

 

*TOM PIERWSZY - CZY TE OCZY MOGĄ KŁAMAĆ?*
*Rozdział dwunasty – Powrót Bourdona*

Minął tydzień od czasu gdy Alex i Meteora się wyprowadzili i nie dali znaku życia Gosi. Jak zawsze dziewczyna była na boisku i kopała piłkę w samotności. Co prawda brakowało jej przyjaciół, jednak nie mogła sobie pozwolić na ich towarzystwo pod wpływem gniewu. Nie chciała im sprawić przykrości dlatego urwała kontakt ze znajomymi.
- Zagrasz z nami? - spytał Tarmiński, podchodząc do Gosi. Wszyscy myśleli, że może Suka wpłynie pozytywnie na dziewczynę. Znał ją najlepiej dlatego reszta wysłała go z „misją” do Oxfordki.
- Nie – odpowiedziała.
- Czemu nie?
- Bo nie. – W głosie dziewczyny wyczuwało się już coś więcej niż tylko zaprzeczenie i chłopak doskonale o tym wiedział.
- Oj Ox.
- Chyba coś powiedziałam - rzekła dziewczyna, a wokół niej zebrał się tłum gapiów. Gosia nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Była już zbyt zdenerwowana, by się przejmować.
- Może jednak? - Dopytywał Suka.
- Nie!
- Hej chłopaki i dziewczyny! Poprosimy ładnie Ox? - krzyknął Guła. Wszyscy chętnie na to przystali, po czym zaczęli skandować jej imię.
- Uspokójcie się i dajcie mi spokój! - wrzasnęła Gosia tak głośno, że niektórzy przechodnie na ulicy spojrzeli w jej stronę. Dziewczyna spojrzała na znajomych z furią wymalowaną w oczach. - Zostawcie mnie! Chcę być sama!
- Ale Ox o co ci chodzi? - Zdziwił się Łukasz, podchodząc krok bliżej. Na boisku zapanowała cisza. Wszyscy myśleli, że dziewczyna w końcu zacznie opowiadać co się stało. Jednak Gosia jedynie na niego spojrzała. Po jej policzku spłynęła samotna łza i nikt nie wiedział dlaczego. Dziewczyna ostatni raz spojrzała na swych przyjaciół, po czym pobiegła w stronę domu.
Tymczasem Rob i Alex patrzeli na Oxfordkę przez okno.
- U... tak to nawet przy Łukaszu się nie zachowywała – powiedziała z lekkością starsza siostra.
- Czemu nie mogę do niej iść? – odezwał się Bourdon chociaż znał odpowiedź.
- Jutro Rob, jutro.
- Ludzie nie wytrzymam!
- Spokojnie chłopie! Jutro już będzie ok, a teraz chodź do siłowni. Joe chce coś wiedzieć.
- A... wiem co - rzekł Rob i razem z Alex wyszedł z pokoju. Dziewczyna doskonale wiedziała jak zmienić temat tak, by chłopak przestał chociaż na chwilę myśleć o Oxfordce. Ta zaś przyszła do domu w jeszcze bardziej złym nastroju niż z niego wyszła.
- Co ty taka zła? - Zdziwiła się mama, a Gosia bez słowa poszła do swojego pokoju i trzasnęła drzwiami. Wyglądała jak siedem nieszczęść, cała zapłakana, miała potargane włosy i nie chodziła w swoich ulubionych ciuchach. Już cały tydzień uciekał z jej życia i dobrze o tym wiedziała. Zmęczona swoją bezradnością usnęła, myśląc, że może sen pomoże jej w przetrwaniu tych strasznych chwil.
Piętnastego czerwca wychowawczyni klasy poprosiła Oxfordkę na rozmowę. Dziewczyna usiadła w pierwszej ławce naprzeciwko kobiety.
- Nie wiem co w ciebie wstąpiło, ale jeśli w tym tygodniu się nie poprawisz to będę zmuszona zmienić ci zachowanie.
- Dobrze - Zgodziła się Gosia jakby ta groźba nic dla niej nie znaczyła.
- Pilnuj się. Wakacje są za tydzień. Tyle chyba wytrzymasz - powiedziała Gałczyńska i odeszła. Oxfordka odprowadziła ją wzrokiem.
- Pieprz się - rzekła do siebie, po czym wyszła z klasy kierując się na boisko szkolne. Wychodząc na dwór zlokalizowała pustą ławkę. Kiedy tylko do niej doszła, położyła się na nią i zamknęła oczy tak, by nie raziło jej słońce. Nagle poczuła delikatny chłód na swojej twarzy. Jednym okiem spojrzała co jest źródłem tego zimna. Nad jej twarzą pochylał się Norbit. Był uśmiechnięty i nie zważał na to, że niebawem może zostać wyklęty przez dziewczynę.
- Hej Ox. Mam dobrą wiadomość.
- Jaką? - spytała bez życia Gosia.
- Po tej lekcji spadamy do domu – powiedział uradowany Dawid. Oxfordka ponownie zamknęła oczy, nawet się nie uśmiechając.
- Dzięki Norbit, że mówisz – rzekła jedynie.
- Spoko. Cześć - odparł chłopak i poszedł dalej. Dawid był jednym z tych, którzy nie stali nad Gosią i nie dopytywali się czemu jest smutna czy zła. Była mu za to wdzięczna bo nie musiała mu mówić, że ma sobie odejść, albo tłumaczyć dlaczego ma zły humor. Dziesięć minut później na boisku rozległ się dzwonek ogłaszający koniec przerwy. Oxfordka wstała z ławki i powolnym krokiem ruszyła na zajęcia. Nauczycielka od języka polskiego wpuściła klasę do sali, po czym rozpoczęła się lekcja.
- Czy wy tego nie rozumiecie?! Wiem że wakacje tuż, tuż, ale musicie umieć te liczebniki! Po za tym... Gośka co ty znowu wyprawisz? – spytała nauczycielka, widząc, jak dziewczyna bawi się telefonem.
- Nic – powiedziała, chowając pośpiesznie komórkę do kieszeni.
- Zatem, Oxford jeśli jesteś taka ponura i roztrzepana to ci poprawię jeszcze bardziej humorek. Do tablicy -rzekła nauczycielka, na co Gosia wstała z krzesła i podeszła do tablicy, po czym zaczęła niemrawo odmieniać przez przypadki liczebnik zbiorowy.
- Dobrze. To może jeśli Gośce tak dobrze idzie to zrobi nam to do końca. - Dziewczyna przewróciła oczami i zaczęła tłumaczyć zawiłości liczebnika w klasie.
- Zbiorowe mają zawsze końcówkę „oro” np. czworo, dziesięcioro. Wyjątkami jest dwa i trzy - mówiła. Polonistka w tym czasie obserwowała resztę klasy. Tak jak się spodziewała nikt nie był zainteresowany tym wykładem.
- Widzę, że wy jej w ogóle nie słuchacie. Wiecie o co chodzi? – Weszła w słowo Oxfordce.
- Tak - odpowiedzieli znudzeni uczniowie.
- Zobaczymy jutro na sprawdzianie, a teraz na boisko - odparła nauczycielka, a uczniowie wyszli z klasy tak szybko jakby nagle ktoś za drzwiami zaczął rozdawać dolary. Oxfordka wyszła jako jedna z ostatnich. Guła czekał na nią przed salą. Mimo, że domyślał się jaką odpowiedź dostanie chciał jakoś zagadać, by dziewczyna nie myślała, że wszyscy się od niej odwrócili.
- Przyjdziesz dzisiaj grać w piłkę? - spytał niepewnie, gdy Gosia zamknęła za sobą drzwi klasy.
- Nie, a teraz chcę być sama. Cześć - odpowiedziała i razem z innymi uczniami wyszła na szkolne boisko. Karol patrzył jak siada przy bramce i wpatruje się w swój telefon. Nie chcąc jej przeszkadzać wzruszył jedynie ramionami i dołączył do reszty klasy, siedzącej po drugiej stronie boiska. Dziewczyna wybiła znany już na pamięć numer Bourdona. Ciągle miała nadzieję, że w końcu chłopak odbierze telefon.
- Witam tu Rob Bourdon. Zostaw wiadomość po sygnale - Oxfordka rozłączyła się
- Jak zawsze - powiedziała do siebie, po czym włożyła telefon do kieszeni i położyła się na trawie. Przez jej głowę przechodziło setki ponurych myśli. Alex często nie wyjaśniała dokąd wyjeżdża, ale wyjazd, a przeprowadzka to było całkiem co innego. Powoli zaczynała wierzyć, że nawet siostry już nigdy nie zobaczy. Kiedy zagłębiała się coraz bardziej w swoich ponurych myślach, ktoś ją z nich wyrwał.
- Słuchaj Gosia... – Dawid stał w bezpiecznej odległości od dziewczyny, wiedząc od innych, jak Ox reaguje na przeszkadzanie jej.
- Mówiłam że chcę być sama. - Przerwała chłopakowi dziewczyna.
- Ale chodzi o to, że... - Gosia wstała, co spowodowało, że Norbit odsunął się jeszcze bardziej.
- Proszę cię Dawid, nie mam dzisiaj humoru do pogaduszek więc idź sobie stąd.
- Wysłuchaj mnie…
- Czego! - krzyknęła Ox. Dawid nieśmiało podszedł do dziewczyny bliżej, jednak był w każdej chwili gotowy odskoczyć na bezpieczną odległość.
- Ktoś na ciebie czeka w szkole.
- O jeny to niech idzie Iza albo ty. – Machnęła ręką dziewczyna.
- Niestety ale masz to być ty - powiedział Norbit i by nie denerwować Gosi odszedł potykając się o kępkę trawy. Oxfordka wzięła swoją bluzkę i ruszyła w stronę budynku.
- Mówić idiotom, żeby mnie zostawili to oni swoje - powiedziała do siebie Oxfordka, wchodząc do szkoły. – Jeśli myślał, że poprawi mi humor bo ktoś na mnie czeka w szkole to się grubo pomylił. – Dodała, idąc i patrząc się na podłogę.
- Jeśli ci nie poprawię humoru to spadam stąd - Ox momentalnie podniosła głowę do góry bo wiedziała kto posiada ten jedyny w swoimi rodzaju głos.
- Rob?! - powiedziała niedowierzając. Stojąc w tym samym miejscu patrzyła na uśmiechniętego Bourdona. Chłopak podszedł do Oxfordki i przytulił ją na co dziewczyna zaczęła płakać.
- Hej, czemu płaczesz?
- Gdzie byłeś? - spytała. Miała wrażenie, że nie widziała go całe wieki.
- Później ci powiem, a teraz muszę coś z tobą załatwić, tylko proszę cię nie płacz - powiedział Rob na co Oxfordka otarła łzy. - Może pójdziemy na ławkę przed szkołą? – spytał.
- Ok. - Zgodziła się dziewczyna i oboje wyszli z budynku. Kiedy tylko usiedli Oxfordka zasypała go pytaniami.
- Czemu nie odbierałeś telefonu? Alex nie chciała mi powiedzieć gdzie jesteście... martwiłam się.
- Możesz mnie teraz zatłuc bo ja nie mogłem ci powiedzieć gdzie jesteśmy. Mike i Alex mi nie kazali, ale teraz cie tam zaprowadzę jeśli chcesz.
- Macie chatę?! - krzyknęła Gosia i nagle cały tydzień poszedł w niepamięć.
- No tak. Trochę mała, ale idzie wytrzymać.
- Super! - Ucieszyła się Oxfordka.
- Ta... -powiedział Rob, patrząc jak w ich stronę idzie Tarmiński. Gosia również na niego spojrzała. Chłopak miał niezadowoloną minę, lecz podszedł do Bourdona i Ox.
- O! Widzę, że już humor ci się poprawił – powiedział z nutą ironi w głosie, którą dziewczyna od razu wyczuła.
- O co ci chodzi? - Zdziwiła się.
- O twój humor – odpowiedział Suka, jakby to było czymś oczywistym.
- Czyli? - odezwał się Rob. On również nie za bardzo rozumiał co jest złego w tym, że Oxfordka jest wesoła.
- Nie wiedziałem, że przyjaciele mogą gówno zrobić a taki Rob tylko pokaże się na horyzoncie i już jesteś radosna. – Wyjaśnił Tarmiński. Gosia nie pomyślała o tym w ten sposób. Myślała, że jej przyjaciele będą radośni, że ona również jest wesoła, ale do głowy jej nie przyszło, że Suka może to tak odebrać. Dopiero teraz zrozumiała, że wielokrotnie jej przyjaciele próbowali do niej zagadać, a ona ich odtrącała. Wystarczyło jedno spotkanie z Bourdonem, a znów była szczęśliwa. Z rozmyślań wyciągnął ją głos Bourdona.
- Zazdrościsz? - spytał. - Lepiej poszedłbyś do swojej Pauliny. Przecież to z nią teraz chodzisz nie z Ox. - Dodał, a Tarmiński spojrzał gniewnym wzrokiem na obojga i poszedł.
- Dzięki ci – powiedziała jedynie dziewczyna. Z jednej strony było jej głupio, że tak potraktowała Sukę, z drugiej jednak nie powinna się przejmować tym czy Tarmiński coś jeszcze do niej czuje czy nie. Oboje wyjaśnili sobie tą kwestie, więc nie powinien jej winić za to, że miała złe dni.
- Nie ma za co. Chodź, pokaże ci gdzie mieszkamy.
- To znaczy teraz nie mogę bo mam polski na boisku – rzekła Gosia niepewnie. Bała się, że Bourdon znów jej zniknie.
-To czekamy na przerwę – odpowiedział beztrosko Rob i oboje już nic nie powiedzieli. Kiedy zadzwonił dzwonek ze szkoły wybiegło pełno uczniów i nawet nie zauważyli, że na ich terenie szkoły jakby nigdy nic siedzi sobie Rob Bourdon. Jako jedyni, najlepsi koledzy Gosi go zauważyli..
- Kargul daj mi okulary bo chyba źle widzę - rzekł Guła próbując ściągnąć okulary koledze.
- Spoko Karol. Widzisz dobrze - odezwała się Iza, uśmiechając się zadziornie.
- A ty skąd to wiesz? - spytał Kargul.
- Bo ja Bourdona już znam - odpowiedziała Rabczyńska, na co chłopak zrobił zdziwioną minę.
- Idziemy do nich? - spytał Guła.
- Możemy - rzekła Iza i cała trójka podeszła do Gosi i Bourdona. Oxfordka, widząc ich uśmiechnęła się.
- No nareszcie jesteś wesoła - powiedziała Iza. Dziewczyna pamiętając spotkanie z Tarmińskim nie mogła sobie pozwolić na drugi taki sam błąd.
- Wybaczycie mi że byłam dla was taka zła? - spytała.
- Pewnie że tak. Od czego ma się przyjaciół - odpowiedział Guła radosny.
- Rzeczywiście. Mam takich przyjaciół, że Tarmiński o mało co nie wyszedł z siebie.
- Gadasz! - Zdziwiła się Iza.
- No tak… Długa historia. Ach! Zapomniałam. Poznajcie się. Karolów dwóch, to mój yyy... przyjaciel Rob Bourdon, Rob to mój kolega Karol Staszyński, a to mój przyjaciel Karol Gułczyński.
- Cześć - powiedział Rob, podając każdemu z osobna rękę.
- Gdzie byłeś? - spytała Iza, która miała już przyjemność poznać chłopaka.
- Przykro mi, ale najpierw powinna o tym wiedzieć Ox.
- To ona jeszcze nie wie? - Zdziwił się Guła i spojrzał na Gosię.
- To znaczy mniej więcej. – Wyjaśniła dziewczyna.
- Acha… No nic my już idziemy. Mieliśmy iść do Norbida.
- Do Nor... - Guła nie dokończył bo Iza go szturchnęła.
- A do Norbida! No tak. To cześć - powiedział od razu Karol i razem z Izą i Kargulem poszli w stronę domu. Rob z Gosią zaczęli się śmiać.
- Zawsze się tak zachowują ? - spytał Bourdon. Oboje mimo starań Rabczyńskiej i tak wiedzieli, że powiedziała to specjalnie, by zostawić ich samych.
- Powiedzmy - odpowiedziała.
- My tu sobie gadu gadu a miałem cię zaprowadzić do domu.
- To chodźmy - Poderwała się z ławki Oxfordka. Na samą myśl o tym, że zobaczy gdzie przez cały tydzień była cała Meteora i Alex robiło jej się ciepło.
- Daj plecak poniosę ci.
- Dzięki - rzekła dziewczyna i dała Bourdonowi swoją torbę, po czym oboje wyszli po za teren szkoły.
 

 

*TOM PIERWSZY - CZY TE OCZY MOGĄ KŁAMAĆ?*
*Rozdział jedenasty – Rozpacz Oxfordki.*

Oxfordka wyciągnęła Rabczyńską na dwór. Obie poszły w stronę Starego Rynku, by porozmawiać na osobności. Iza przez całą drogę milczała. Dopiero na miejscu odezwała się pierwszy raz, spoglądając na przyjaciółkę.
- Chcesz mi powiedzieć, że zakochałaś się Bourdonie? Przecież jesteś z…
- Tak, wiem! Jestem z Tarmińskim. To nie zmienia faktu, że on nie odzywa się do mnie już od dawna i pewnie na boku kręci z Pauliną, a ja…
- A ty kręcisz z Rob’em – dokończyła za nią Iza. Oxfordka schowała twarz w dłoniach. Sama nie wiedziała co się tak właściwie z nią dzieje. Kochała Sukę, ale już nie tak jak kiedyś. Teraz pałała do niego miłością… braterską. Z drugiej strony nie chciała go ranić, dlatego przeciągała coś co według niej już się rozpadło. Chciała mieć absolutną pewność, że Tarmiński będzie szczęśliwy bez niej, jednak oboje utrzymają kontakt. Rabczyńska poklepała przyjaciółkę po plecach.
- Jeśli chodzi ci po głowie to o czym myślę, to lepiej, żeby Łukasz znał prawdę teraz aniżeli miał żyć w kłamstwie nie wiadomo ile. Masz ku temu idealną okazję biorąc pod uwagę to, że właśnie siedzi po drugiej stronie placu z Korsuń i nie wygląda mi to na przyjacielski uścisk. – Oxfordka spojrzała we wskazanym miejscu. Tarmiński miał na kolanach roześmianą Pudzię. Między nogami trzymał piłkę, którą dziewczyna próbowała dosięgnąć. Rabczyńska nieco zdziwiła się zachowaniem Oxfordki. Ta patrzyła na parę i coraz bardziej się uśmiechała. Cieszyła się z tego, że jej chłopak ma na boku inną dziewczynę. Uzmysłowiła sobie, że już od dłuższego czasu tylko na to czekała i dziś nadszedł czas, by to zakończyć. Skinieniem głowy kazała poczekać Rabczyńskiej, zaś sama ruszyła w kierunku Suki i Pauliny. Iza spodziewała się nie lada zamieszania, ta jednak spokojnie podeszła do znajomych, zatrzymując się metr od nich. Pudzia momentalnie zeskoczyła z kolan chłopaka, a piłka poturlała się po placu zatrzymując się tuż przy fontannie gdzie dzieci bawiły się w ganianego.
- Cześć – powiedziała Gosia, patrząc z zaciekawieniem na obojga.
- Ox to nie jest tak jak myślisz… - Zaczęła się tłumaczyć Korsuń.
- Możesz zostawić mnie i Sukę na chwilkę samych? – spytała jedynie. Pudzia skinęła głową i odeszła na dosyć daleką odległość tak, by Oxfordka i Tarmiński mogli porozmawiać na osobności. Iza obserwowała tą całą scenę z drugiej strony placu. Miała nadzieję, że później Gosia opowie jej wszystko w drobnych szczegółach.
- Słuchaj. Oboje wiemy, że już się między nami nie układa. Bynajmniej nie w tym sensie. Ty widziałeś mnie z Bourdonem, ja ciebie kilkakrotnie z Pudzią i szczerze powiedziawszy nie mam już cierpliwości by udawać, że wszystko jest w porządku. – Łukasz słuchał dziewczyny nie do końca wiedząc co się właściwie dzieje. – Po prostu będzie lepiej jeśli się rozejdziemy. Jestem przekonana, że ty i Pudzia coś do siebie macie i doskonale to rozumiem. Chcę tylko, żebyś…
- Czekaj, bo chyba nie za bardzo wiem o co się rozchodzi. Chcesz mi powiedzieć, że nie jesteś zła, że ja…
- Absolutnie nie. Tylko… och Łukasz… Możemy zostać przyjaciółmi? Oczywiście zrozumiem jeśli… - Chłopak zaczął się śmiać. Dziewczyna spojrzała na niego zdziwiona. Nie wiedziała co go tak rozbawiło i przez pewien moment pomyślała, że zrobiła najgłupszą rzecz jaką mogła zrobić. Pyta się osoby, z którą była czy zostaną przyjaciółmi po tym jak on widział ją całującą się z innym. Tarmiński uspokoił się i spojrzał na Oxfordkę.
- Spodziewałem się gradu przekleństw, wyzwisk i gróźb, a nie propozycji przyjaźni. – Wyjaśnił chłopak.
- Czyli, zgadzasz się? – Oboje usiedli na ławce i na spokojnie wyjaśnili sobie wszystko od początku. Oxfordka postanowiła, że Pudzia powinna być przy tej rozmowie bo należą jej się pewne wyjaśnienia, zaś do Rabczyńskiej dosiadł się Guła, co spowodowało, że Gosia spokojnie mogła porozmawiać z Tarmińskim i Korsuń, nie mając wyrzutów sumienia, że zostawiła Izę samą. Dziewczyna wyjaśniła, że to co między nimi istniało teraz można nazwać przyjaźnią i oboje zadecydowali, że rozejdą się utrzymując przyjazne kontakty. Oxfordka wróciła do domu wieczorem w towarzystwie Pudzi i Tarmińskiego trzymających się za ręce. W tym momencie Bourdon, Alex i Shinoda stali przed domem dziewczyny rozmawiając o czymś zaciekle. Gdy zobaczyli trójkę przyjaciół byli lekko zdziwieni.
-Widzę to co widzę czy tylko mi się wydaje? – spytała Alex, ciągnąc Mike’a za rękaw bluzki. Chłopak odwrócił się w stronę skąd szła Oxfordka.
- Nie wydaję ci się, ale przecież Gośka chodzi z Tarmińskim więc czemu…
- Nie chodzi, a chodziła z tego co widać. Spokojnie wszystkiego się dowiem – odpowiedziała Alex, uśmiechając się do chłopaków. Gosia pożegnała Paulinę i Sukę, po czym tanecznym krokiem dołączyła do siostry, Shinody i Bourdona. Widząc pytające spojrzenie Alex, Oxfordka przewróciła oczami.
- Odpowiedź numer jeden. Tak, zerwałam z Tarmińskim. Odpowiedź numer dwa. Tak, zostaliśmy przyjaciółmi. Odpowiedź numer trzy – bo już się nie kochamy. Bynajmniej nie w ten sposób. Odpowiedź numer cztery. Tak, ja też i odpowiedź numer pięć. Dowiesz się w swoim czasie – powiedziała Gosia. Chłopacy i Alex patrzyli na nią zdziwieni. Starsza siostra próbowała coś powiedzieć, ale nic nie mogła wydusić z siebie. Oxfordka poklepała ją po plecach, uśmiechając się radośnie. – Wybaczcie, ale ona i tak by się pytała – wyjaśniła, zwracając się do chłopaków, którzy byli równie zszokowani co Alex. Gosia roześmiała się, po czym minęła ich i weszła do domu zamykając za sobą drzwi.
W sobotę dziewczyna obudziła się nadzwyczaj wcześnie. Bardzo się zdziwiła widząc, że na sąsiednim łóżku nie śpi Rob, więc zeszła na dół spytać się mamy co jest grane.
- Sama nie wiem. Po prostu wyszli - rzekła kobieta więc Oxfordka wróciła do pokoju, aby się ubrać. Właśnie wtedy zdziwiła się jeszcze bardziej bo nie znalazła ani jednej rzeczy należącej do Bourdona. Gosia nie namyślając się długo zadzwoniła do chłopaka. Niestety ten miał wyłączony telefon.
- Co jest? - spytała samą siebie i spróbowała jeszcze raz, jednak rezultat był taki sam.
- Nie teraz, gdy wszystko przemyślałam - dodała i tym razem zadzwoniła do siostry.
- No? – Dało się słyszeć dziewczynę po drugiej stronie.
- Ala, gdzie jesteście?
- Sory, ale nie mogę powiedzieć – powiedziała Alex.
- Proszę cię! Muszę pogadać z Bourdonem – krzyknęła zrozpaczona Gosia. Wiedziała, że jej siostra jest gorzej uparta od niej.
- Nie ma go. Poszedł gdzieś. Cześć.
- Ale... - W tym momencie sygnał się urwał. Gosia patrzyła przez chwilę na swój telefon, po chwili jednak rzuciła go na łóżko. Rozejrzała się po swoim pokoju i nagle te cztery ściany zrobiły się puste. Czegoś jej brakowało i doskonale wiedziała, że tym czymś, a raczej kimś, jest Rob. Przez chwilę miała wyrzuty sumienia, że to być może przez nią cała Meteora i Alex się wyprowadzili, jednak po chwili odgarnęła od siebie te myśli, mając nadzieję, że Alex do niej oddzwoni kiedy tylko znajdzie chwilkę czasu i wszystko jej wyjaśni.
Tymczasem siostra Gosi zadowolona, że ją okłamała, razem z Shinodą, Delsonem i Farrellem się z niej nabijali. Jedynie Rob się nie śmiał.
- Co taki ponury? Uśmiechnij się – powiedziała Alex.
- Ta... Bardzo śmieszne. Ona nawet nie wie, że mieszkamy dwie przecznice dalej – burknął chłopak. Dziewczyna usiadła obok niego.
- Rob. Jeśli chcesz się dowiedzieć czy moja siostra cię kocha to nie ma innego wyjścia - rzekła Alex.
- A jak to zauważymy? – spytał bez większego entuzjazmu.
- Myślałam, że lepiej znasz Gośkę. Na początku będzie do mnie wydzwaniać... - Dziewczyna przerwała bo zaczęła dzwonić jej komórka. Wszyscy na nią spojrzeli, jednak Alex machnęła jedynie ręką i kontynuowała. - Właśnie… Potem będzie zdołowana przez półtorej dnia, następnie zrobi się nietykalna, aż w końcu wpadnie w szał. - Chłopacy patrzeli na nią zdziwieni.
- Tak było z Tarmińskim, gdy był chory, a jego komórka się rozwaliła. - Wyjaśniła Alex, a kumple od razu zrozumieli o co chodzi.
- Ale jak to doprowadzi do tego, że ze mnie zrezygnuje to zrobię z tobą to samo co z Wiewiórą – powiedział Bourdon. W pokoju nastała cisza, a wszyscy spojrzeli na chłopaka.
- A co się stało? – spytał Mike, przerywając tym samym ciszę.
- Nieważne.
- Jak zacząłeś to dokończ - powiedział Farrell. Każdy czekał, aż Bourdon coś powie. Już miał zacząć, ale w ostatniej chwili się rozmyślił.
- Nie mogę. Obiecałem Gosi – rzekł.
- Nie bądź taki – oburzyła się Alex.
- Nie i tyle. Temat skończony – powiedział chłopak.
- Będzie skończony jak obiecasz, że nie wyjdziesz na dwór przez tydzień i nie będziesz miał z Gośką żadnego kontaktu -rzekła Alex. – Sam widzisz ile mamy pracy i nie ma czasu na nic.
- Zgoda - odpowiedział. Dziewczyna uśmiechnęła się zadowolona.
- Jeśli wszystko wyjaśnione to do roboty! Rob i Brad. Zacznijcie meblować korytarz, Farrell pomożesz Hahnowi. Chaz może jeszcze sam sobie robić pokój. Ty Ala bierzesz w obroty umeblowanie ostatniego pokoju na górze, a ja jadę po te graty. Może juz mają – odezwał się Mike.
- No dobra. Idziemy - powiedział Brad, a za nim poszła reszta. Shinoda odprowadzał wzrokiem przyjaciół, po czym rozejrzał się pobieżnie po pomieszczeniu i wyszedł z domu.
Minęło pięć dni. Tak jak mówiła Alex, Gosia stała się drażliwa, nie chciała grać w piłkę tylko sama ją kopała do bramki, gdy nikogo nie było. Unikała każdego nie tylko dlatego, że była przygnębiona i zła, ale również by nie sprawić innym przykrości swoim zachowaniem. Jako pierwsza swoich sił spróbowała Iza, chociaż przyjaciele odmawiali jej tego pomysłu wiedząc jakie będą tego konsekwencje.
- Cześć Ox – powiedziała.
- Czego chcesz? - spytała dziewczyna dalej kopiąc piłkę w bramkę. Nawet nie spojrzała na przyjaciółkę.
- Wszyscy mówią, że coś cie gryzie i ja też to widzę. Wiem, że Rob ani nikt z Meteory się odzywa ale...
- Nic nie rozumiesz. Ty masz Budynia przy sobie. Możesz na niego spojrzeć, uśmiechnąć się do niego, a ja nie. Nie wiesz jakie to jest uczucie zrozumieć, że kogoś się kocha, a ta osoba nagle odchodzi i nie daje znaku życia.
- Rozumiem…
- Nie! - krzyknęła Gosia i chwyciła pierwszy lepszy kij od palanta, po czym rzuciła nim tak, że się połamał. Rabczyńska lekko się przestraszyła co nie omieszkała zauważyć Oxfordka. Uspokajając się powiedziała jedynie:
- Sory, ale chcę być sama.
- Dobra - odparła Iza nieśmiało i odeszła, zostawiając Gosię przy bramce. Bourdon dobrze wiedział co robi dziewczyna, gdyż jego nowy pokój miał widok wprost na boisko. Patrzył jak kawałki drewna od kija lecą w dwie różne strony, a chwilę po tym jej przyjaciółka odchodzi. Najbardziej bolało go to, że gdy patrzył w jej stronę, widział jak Oxfordka wyciąga telefon i po chwili na jego biurku z telefonu leciała piosenka, a on musiał się rozłączyć. Obiecał Alex, że się nie wygada i postanowił dotrzymać słowa, które z dnia na dzień było coraz trudniejsze. Słysząc jak Shinoda go woła oderwał wzrok od dziewczyny i wyszedł z pokoju.
Godzinkę później Guła przyszedł do Rabczyńskiej. Dziewczyna otworzyła mu drzwi i gestem zaprosiła do środka. Chłopak wraz z przyjaciółką poszedł do jej pokoju gdzie rozłożył się na jednym z foteli.
- Jesteś gotowa? – spytał.
- Powiedzmy – odpowiedziała lekko zmieszana. By się mniej denerwować, Iza zaczęła tarmosić skrawek rękawa.
- Jak to powiedzmy? Przecież byliśmy umówieni z Gośką na boisku – powiedział Karol.
- To jest nieważne – rzekła dziewczyna i usiadła na swoim łóżku. Chłopak nic z tego nie rozumiał.
- Przecież ona tam jest! Widziałem ją.
- Jest tam bo ma doła. – Wyjaśniła Iza.
- Co się stało? - Zdziwił się Karol.
- Ach... sprawy miłosne.
- O Łukasza chodzi? Przecież zerwali.
- Nie... o innego. Nie daje znaku życia, a Ox się martwi.
- Świat się nie kończy co nie? – powiedział Guła i wstał szykując się do wyjścia.
- W jej przypadku raczej tak. – Chłopak zamyślił się przez moment.
- Pierwszy raz tak reaguje. To znaczy z Tarmińskim było podobnie, jak rozwalił telefon, ale pomagała przyjaciołom. – Dodał po chwili.
- Nie chce z nikim grac w piłkę, nikt jej nie może dotknąć, sama siedzi w klasie, a do tego na wf pyskuje do Śladzińskiej. Nie zauważyłeś?
- Żartujesz! Przecież wf to jej ulubiony przedmiot nie licząc angla.
- No właśnie – odpowiedziała Rabczyńska.
- Słuchaj o jakiego gościa ci chodzi? - spytał Guła, na co Iza spuściła wzrok. Gosia nie mówiła jej, że ma trzymać język za zębami, ale z drugiej strony jeśli przychodziła do niej po pomoc w tych sprawach to może chciała też utrzymać to w tajemnicy.
- Nie mogę powiedzieć – powiedziała w końcu. Guła spojrzał na nią niezadowolony.
- Jak to nie możesz?! Ja też jestem jej przyjacielem. – Oburzył się.
- Ale...
- Mów – powiedział stanowczo.
- Karol naprawdę nie mogę. – Próbowała wyjaśnić Rabczyńska. Najgorsze co mogło się teraz stać to, to, żeby wszyscy wiedzieli o Oxfordce i Bourdonie.
- Czy ja wyglądam na takiego gadułę?
- No nie - rzekła Iza. Jej linia obrony powoli zaczynała słabnąć i Karol dobrze o tym wiedział.
- Więc mów.
- Ok. Chodzi o Bourdona - powiedziała w końcu.
- Co!? Ona myśli że ma jakieś szanse u gwiazdy świata?! – Rabczyńska lekko się zdziwiła. Sądziła, że o tym iż Meteora jest w Malownicach, wszyscy już wiedzą. Wychodzi jednak na to, że nie.
- Guła...
- Tak wiem... ale myślałem, że chodzi o kogoś bardziej realnego. – Iza nawet nie próbowała mu wyjaśniać, że Rob jest jak najbardziej „realnym” człowiekiem.
- A może jej się uda – powiedziała jedynie.
- Życzę jej szczęścia - rzekł Guła i oboje juz nic nie powiedzieli. Patrzyli przez moment na siebie, po czym razem wyszli z pokoju nie wspominając już o Oxfordce ani razu.
  • awatar The.End.: Uuuuuuuuuuu :D Aniżeli podoba mi się i wstawiaj mi tu następny :P Oj mącisz im w życiu,mącisz :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

*TOM PIERWSZY - CZY TE OCZY MOGĄ KŁAMAĆ?*
*Rozdział dziesiąty - Udane kwalifikacje*

Powoli dobiegał koniec maja. Oxfordka siedziała w swoim pokoju, czytając książkę z języka niemieckiego, pod czujnym wzrokiem Bourdona. Teraz tylko to było jedynym zmartwieniem dziewczyny. Jeszcze niedawno nawet sobie nie wyobrażała, że materiału z całego roku szkolnego nauczy się w tak krótkim czasie. Chłopak przepytywał ją, to tłumaczył bardziej skomplikowane rzeczy, zaś sam uczył się późnymi wieczorami, kiedy dziewczyna spała. To co wydarzyło się w parku było tajemnicą, o której wiedział jedynie Bourdon. Dziewczyna nie chciała, by inni wiedzieli jakim brutalem może być Wiewiórka i do czego jest zdolny. Patrząc z perspektywy czasu, nie rozumiała sama siebie jak mogła być z takim człowiekiem. Z Tarmińskim również nie widziała się od spotkania w parku. Z jednej strony nie miała mu tego za złe, biorąc pod uwagę to co zobaczył, jednak nieobecność jednej z bliższych jej osób czasami była nie do zniesienia. Pudzia także traktowała dziewczynę z większym dystansem dlatego Oxfordka prawie nie wychodziła z domu. Nie miała po co, widząc dookoła szepczących ludzi, zastanawiających się co stało się między nią, a Tarmińskim. Jedyną dobrą stroną tego wszystkiego było to, że Gosia mogła oddać się w całości nauce. Iza i Guła wspierali ją duchowo, pisali sms’y, pytali jak sobie radzi, co bardzo motywowało dziewczynę do dalszej nauki. Uczyła się zarówno dla siebie jak i dla nich i wiedziała, że nie podda się tak łatwo. Czym bliżej terminu kwalifikacji, tym zacieklej siedziała w książkach. Alex z mamą zaglądały do jej pokoju, martwiąc się o nią. Nigdy nie spędzała tak dużo czasu przed lekcjami i widocznie był ku temu powód. Ważniejszy niż zdanie do następnej klasy, czy dobre oceny. Dokładnie dzień przed zaliczeniami Rob chciał, żeby odpoczęła, jednak dziewczyna się uparła i nie chciała mu dać spokoju. Bała się, że może o czymś zapomnieć, coś pomylić i zawali przedmiot. Bourdon siłą musiał ją zaprowadzić do innych, by ci zainteresowali ją czymś tak bardzo, by zapomniała totalnie o dniu następnym.
- Zjadłbym coś słodkiego – westchnął Chester. Mike podsunął mu cukierniczkę, uśmiechając się pod nosem.
- Masz. Smacznego życzę – powiedział, zaś Bennington zmierzył go gniewnym spojrzeniem.
- Ja nie mam pomysłu. Na mnie nie patrzcie – odezwała się Alex w tym samym momencie kiedy do salonu wszedł Brad z kartonem pełnym batoników. Chester momentalnie wstał jednak Gosia go wyprzedziła i niemal rzuciła się na Delsona.
- Łapy precz. Już ja wam pokaże coś słodkiego – powiedziała i bez zbędnych pytań, wyrwała karton z ręki Brada. Ten patrzył zdziwiony, nie wiedząc o co chodzi. Jego ręce w tym momencie unosiły powietrze, ponieważ karton był już w kuchni. Alex poszła za swoją siostrą i obie zabarykadowały się w pomieszczeniu, zostawiając chłopaków samych w salonie i oczekujących na „słodkie coś” w wykonaniu sióstr.
Następnego dnia Oxfordka zdawała testy z języka niemieckiego. Sale zaliczeniowe znajdowały się w piwnicach szkoły, gdzie uczniowie bez konkretnej przyczyny nie mieli prawa wejść. Gosia często wysyłana przez innych nauczycieli miała okazję powierzchownie zapoznać się z tą częścią szkoły. Zmierzając ku dolnym partiom budynku mijała swoich przyjaciół życzących jej szczęścia. Dziewczyna w duchu dziękowała Bogu za takie wsparcie. W końcu weszła do wcześniej wskazanej jej sali. Był to malutki pokoik, a na środku umieszczony był stół przy którym siedziało trzech nauczycieli.
- Dzień dobry. Zdaję język niemiecki, grupa czarna – powiedziała Gosia.
- Na lewo, drzwi na samym końcu – odezwał się nauczyciel. Dziewczyna poszła we wskazane miejsce. Zapukała do drzwi i otworzyła je. Za biurkiem siedział mężczyzna o sędziwym wieku i bacznie jej się przyglądał. Oxfordka widząc, że nie ma nikogo w środku, zamknęła za sobą drzwi.
- Siadaj proszę - powiedział do Gosi. Dziewczyna podeszła do ławki ustawionej tuż przy biurku mężczyzny i usiadła na krześle oczekując dalszych wskazówek.
- Nazywam się Marshal Dommington. Jestem profesorem języka niemieckiego na Uniwersytecie w Pasadenie.
- Brzmi groźnie - rzekła Gosia nieco podenerwowana. Nauczyciel uśmiechnął się.
- Zaczynamy. Dzień dobry? – spytał.
- Guten Tag lub Guten Morgen zależnie od pory.
- Mam na imię?
- Ich heisse –odpowiedziała dziewczyna. Sądziła, że spotka ją coś trudniejszego niż pojedyncze słowa.
- Super. Tablica? - pytał profesor, a Oxfordka odpowiadała na jego pytania, które coraz bardziej były dociekliwe. Mężczyzna czasem podpowiadał dziewczynie, jednak nic nie wskazywało na to, że jest tragicznie. Marshal rozsiadł się wygodnie na krześle.
- No i ostatnie. Pocałuj mnie w dupę - Gosia zrobiła zdziwioną minę, ale odpowiedziała. Jeszcze nigdy nie widziała tak dziwnego, ale zarazem pełnego humoru nauczyciela. Przez parę minut mężczyzna zapisywał coś na swojej kartce. W końcu spojrzał na podenerwowaną dziewczynę i wręczył jej kartkę.
- Przedstawienie, opis obrazu i sytuacji, słówka...Zdałaś - rzekł profesor. Gosia spojrzała na kawałek pergaminu, na którym było napisane:
*Uczennica Małgorzata Oxford ukończyła język niemiecki w klasie 2 gimnazjum z oceną bdb.*
*Marshal Dommington*
- Dziękuję bardzo proszę pana! - Ucieszyła się dziewczyna.
- Podziękujesz innej osobie w domu. Tylko z gestem proszę – Oxfordka nie do końca rozumiała o co mu chodzi jednak uśmiechnęła się do Dommingtona i poszła dać kartkę nauczycielowi w komisji.
- Do widzenia - rzekła i wyszła z sali egzaminacyjnej.
Przez całą powrotną drogę do domu, dziewczyna nie mogła uwierzyć w to co się stało. Przed jej oczami ukazywała się twarz starca oraz wypisana ocena na kartce, którą zostawiła w szkole. Według niej samej, dokonała czegoś co jest wręcz niemożliwe. Tanecznym krokiem otworzyła drzwi domu i nie czekając na powitanie weszła do swojego pokoju. Rob siedział na jej łóżku z laptopem na kolanach i grał w jakąś strzelarkę, dopóki nie usłyszał radosnego głosu Oxfordki. Dziewczyna usiadła na krześle przy biurku i spojrzała na chłopaka rozpromieniona.
- I jak? - spytał Rob, odstawiając na bok laptop.
- Pytał mnie jakiś profesorek i zdałam. Był nieco stuknięty jak na swój wiek. W pozytywnym słowa tego znaczeniu oczywiście – odpowiedziała Gosia.
- Co to za kolo? - Zdziwił się Rob.
- Jakiś Marshal Dommington – rzekła dziewczyna i machnęła ręką jakby odganiała muchę.
- Co! - krzyknął Bourdon, a jego źrenice rozszerzyły się jak dwa spodki.
- No tak - powiedziała Gosia, jednak nic nie wzbudziło jej podejrzeń. Rob chwycił swój telefon i do kogoś zadzwonił. Dziewczyna patrzyła na niego z zaciekawieniem, aż dało się słychać kogoś po drugiej stronie.
- To ja – odezwał się Bourdon.
- O cześć Rob – odpowiedział głos w słuchawce telefonu.
- Co dostała?
- Ośmielę się twierdzić, że chodzi ci o pannę Oxford. Pięć, a co myślałeś? Nie chciała mi powiedzieć jak jest „k***a” po niemiecku, tak to by miała szóstkę – odpowiedział mężczyzna.
- Chciało ci się jechać taki kawał? Prosiłem cię jedynie o przeniesienie moich egzaminów.
- Nie mogłem się powstrzymać. A podziękowała ci tak jak jej kazałem?
- Podziękowała? – spytał Rob. – Nic mi nie wiadomo. Może jeszcze nie doszliśmy do tego tematu – dodał chłopak.
- Niech podziękuje. Wiesz, że jestem wpływowym człowiekiem i z miłą chęcią ci… pomagam – powiedział nieznajomy z nutką rozbawienia w głosie.
- Ta… No nic, dzięki, że się pofatygowałeś.
- Przyjemność po mojej stronie – odparł mężczyzna i się rozłączył. Ox patrzyła na Bourdona jak na ducha. Słuchając rozmowy chłopaka zrozumiała do kogo dzwonił. Rob spojrzał na nią pytająco.
- Ty go znasz?! – wydusiła w końcu z siebie dziewczyna.
- To mój nauczyciel na Uniwerku w Pasadenie – powiedział Bourdon czytając w myślach dziewczyny.
- Żartujesz! – powiedziała Gosia i usiadła wygodniej czekając na więcej informacji.
- Chcesz jego numer? – spytał wyciągając ponownie telefon.
- Nie, nie! Tylko jakoś trudno mi w to uwierzyć. A o co mu chodziło z tym podziękowaniem?
- To raczej ja powinienem spytać o to ciebie – odpowiedział Rob i uśmiechnął się do dziewczyny. Oxfordka sięgnęła wstecz pamięcią, przypominając sobie spotkanie z Dommingtonem, Pamiętała jak ją przepytywał i wypisywał na kartce swoją opinie. Pamiętała jak siedział za biurkiem i jak się z nim żegnała, oraz… jak kazał jej podziękować komuś w domu.
- Miałam podziękować osobie, która mnie uczyła, a to ty mnie uczyłeś i… on to wszystko przewidział! – powiedziała Gosia, która nagle wszystko zrozumiała. Rob dzwonił do swojego profesora o przełożenie egzaminów na inny termin, zaś jego nauczyciel wpadł na zwariowany pomysł, by oprócz przestawienia terminów, osobiście sprawdzić jak Bourdon poradził sobie z nauką dziewczyny. Przyleciał z Pasadeny, dyskretnie obejmując stanowisko egzaminatora w gimnazjum tym samym sprawdzając skuteczność nauk własnego ucznia.
- Może trochę mu za dużo o tobie naopowiadałem i pomyślał że jesteś moją dziewczyną. – Wyjaśnił chłopak na usprawiedliwienie słów profesora.
- No wiesz co? Jak on mógł mnie do ciebie porównać? Tobie należy się ładniejsza laska. – Te słowa całkiem zbiły z tropu Bourdona.
- Ja nie patrzę na wygląd, ale na charakter, tak po za tym to ładna jesteś.
- Rob!
- Mówię prawdę – powiedział chłopak. - Jeśli Łukasz cię olał bo woli Paulinę to sory ale kto tu jest głupi, co? Zamiast przyjść do ciebie, spytać się co się stało, to on sobie poszedł z Pauliną.
- Chcę ci przypomnieć, że zobaczył nas w nieodpowiednim momencie i miał prawo odejść, a wręcz mnie olać. To ja byłam wobec niego nie fear. Po za tym co? Jesteś wkurzony, że musiałeś być przy mnie ty, a nie on? – spytała dziewczyna. Takie pytanie Bourdon uznał już jako jawny wręcz świadomy flirt, więc postanowił to wykorzystać.
- Coś ty! I obiecuję ci, że choćbym był w USA to jeśli ktoś robi ci krzywdę to dzwoń. - Gosia uśmiechnęła się do chłopaka.
- Postaram się o tym nie zapomnieć.
- Ja mówię poważnie – powiedział Rob i spojrzał na Oxfordkę swoimi brązowymi oczyma.
- Dobrze - rzekła dziewczyna i wyjęła ze swojej torby zeszyty, głównie z niemieckiego, kładąc je na biurko.
- Ty jeszcze nosisz książki?! – Zdziwił się Bourdon.
- Rok szkolny się nie skończył, a po za tym to tylko zeszyty – odpowiedziała.
- Wiesz jakie to ciężkie?! Chyba będę musiał cię wozić do szkoły. – Zażartował.
- Hej! Miałeś tylko odwozić! Nie chcę przytyć – rzekła Gosia i pogłaskała się po swoim płaskim brzuchu.
- Spoko. Twój pech – odpowiedział chłopak z nutą ironii w głosie.
- Eh - burknęła Oxfordka i rzuciła poduszkę w chłopaka na co ten zaczął się śmiać i oddał dziewczynie dalej się śmiejąc. Gosia złapała poduszkę, zanim ta zdążyła spaść na podłogę..
- Wiesz co? Żałosny jesteś - powiedziała i uderzyła Roba z poduszki w głowę zadowolona z siebie.
- Osz ty! – Zawołał i jednym ruchem rzucił dziewczynę na łóżko. Gosia zaczęła się śmiać.
- I co teraz mądralo? – spytał przytrzymując ją za ręce tak by nie mogła się ruszyć.
- Nico – odpowiedziała rozbawiona, próbując zdziałać coś nogami.
- Chcesz cios ostateczny teraz czy masz jakieś życzenie?
- Chcę umrzeć, ale nie tak tragicznie jak masz zamiar to zrobić – zaśmiała się.
- Rozumiem - rzekł Rob dalej trzymając za ręce leżącą Gosię. Oboje patrzeli na siebie.
- Co tak patrzysz? - spytała.
- Nie mogę?
- Zależy dlaczego tak patrzysz – odpowiedziała już bez śmiechu. Nastąpiła chwila ciszy.
- A musi być jakiś powód? - spytał Rob nie odrywając wzroku od dziewczyny. Ona również patrzyła na niego delikatnie się do niego uśmiechając.
- No raczej - odparła Oxfordka. Rob był coraz bliżej jej twarzy, zaś dziewczyna nie protestowała. Chłopak pomyślał, że to dobry znak. Zbliżał się do niej coraz bardziej, zaś ona tylko się uśmiechała. Przytrzymywana przez chłopaka i tak nie miałaby żadnych szans, gdyby jednak zmieniła zdanie, Rob nie przekroczyłby granicy, którą chwilę później oboje przeszli. Tym razem nie wiadomo czy był to zbieg okoliczności, czy umyślne zdarzenie, ale w chwili gdy Rob całował się z Oxfordką do jej pokoju wszedł po cichu Delson. Gdy zobaczył co się dzieje wyszedł z niego szybko.
- No nareszcie stary robisz postępy - powiedział do siebie Brad i poszedł na dół uśmiechnięty od ucha do ucha. Chwilę po tym Oxfordka, odsunęła się od chłopaka cała czerwona na twarzy. Odchrząknęła, zabierając z biurka swój telefon.
- Ekhm... wiesz... pójdę do Izy. Miałam jej pomóc w pracy klasowej. Cześć - powiedziała i szybko wyszła z pokoju.
- Praca klasowa w czerwcu? - spytał sam siebie Rob i usiadł na łóżku. Przez moment dochodził do siebie, po tym co się wydarzyło, jednak nie trwało to długo, ponieważ do pokoju wparował Brad.
- No stary i jak tam? – spytał bez ogródek.
- Co jak tam? – zdziwił się Bourdon nadal lekko oszołomiony.
- Przecież widziałem. Niechcący wszedłem do pokoju –odpowiedział nieco zmieszany Delson.
- A... Nie wiem czy ona coś do mnie czuje czy to tylko kolejny przypadek.
- Z jej twarzy wyczytałem, że raczej jest w siódmym niebie. Wychodząc z domu prawie zapomniała o butach.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz. Chciałbym, żebyś się nie mylił - rzekł Rob, po czym obaj siedzieli w ciszy nie zamieniając ze sobą ani jednego słowa.
  • awatar ღ Pani M.ღ: @The.End.: hahaha :D słoniu Ty mój :D
  • awatar The.End.: @Hidden in a dream ! ♥: Haha :D Stwierdzam,iż angol może poczekać :D Wiedziałam,że ktoś do nich wbije :D Mam identyczny talent,tylko nie wycofuję się jak nindża tylko jak słoń :D
  • awatar Hidden in a dreams ! ♥: Zapraszam , zostaw cos po sobie , jesli blog Ci sie spodoba to dodaj go do znajomych lub obserwowanych ! :*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Znalazłam opowiadanie konkursowe, którego szukałam!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! i już w tym momencie je Wam przedstawiam tak, jak było napisane. Czyli *błędy, interpunkcja, stylistyka, logika i wszystko inne NIE JEST POPRAWIANE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!* Żeby mi tu nagle jakaś uczona nie wyskoczyła, że analfabetką jestem! -.- !!!!!!!!!!!!! Miłego mrużenia oczu xDD
_____________________________________________



*Lara i przyjaciele oraz podziemny skarb*

Niedaleko miejscowości zwanej Malownice mieszkała sobie rodzina o nazwisku Greg. Mieli oni córkę o imieniu Lara, a jej zainteresowania dziwiły prawie każdego. Lara miała trzech przyjaciół, którzy nieodłącznie jej towarzyszyli.
Pewnego zimowego dnia Lara razem z Grażynką, Piotrusiem i Michałem poszli na dwór, aby pojeździć sobie na łyżwach.Ich ulubionym miejscem na tą dyscyplinę sportową był pobliski staw, ale tym razem Lara zaproponowała im, aby poszli nad staw, który niedawno odkryła. Kiedy tam doszli ujrzeli przepiękny krajobraz. Wszystko dookoła stawu pokryte było bielą. Lara nie czekając na przyjaciół wyciągnęła ze swojego plecaka poduszkę i położyła ją na kamieniu, aby ubrać łyżwy.
- Kto wejdzie pierwszy na lód? - spytał Piotrek, który był bojaźliwy.
- Oczywiście, że Lara. Wkońcu to ona chciała tu przyjść. - odpowiedział Michał.
- Czy wy wkońcu zrozumiecie, że to co ja chcę nie jest niebezpieczne? - spytała się Lara.
- Chyba nie zrozumiemy, bo ta polana na której Michał omal nie stracił ręki nie była zbyt bezpieczna - rzekła Grażyna.
- O.K. zgadzam się z wami, ale tym razem moją zachciankę rozpoczyna Michał. - odparła Lara, gestem zapraszając Michała na staw skuty lodem.
Chłopak niechętnie postawił pierwszą nogę na lodzie. Kiedy znalazł się na środku stawu, reszta przyjaciół poszła w jego ślady.
- I jak. Stało Ci się coś? -spytała Lara Michała. Chłopak pokręcił przecząco głową.
- No to zaczynamy zabawę. - odparła dziewczyna i złapała Piotrka za rękę. Cała czwórka poczęła jeżdzić po ślizkiej powierzchni. Lara wpadła na pomysł, aby zrobić koło wodne, które polegało na zrobieniu dziury wlodzie. Po niecałych pięciu minutach miejsce w którym jeździli odcięło się od pozostałej części lodu. To co wydarzyło się zaledwie pare sekund później zadziwiło nie tylko Larę, ale i pozostałych uczestników zabawy.
- Tam niema wody. - powiedział nieśmiało Piotrek.
- Otóż to. - odparła Lara.
- To ty wszystko wiedziałaś? - spytała Grażyna z oburzeniem w głosie.
- Nie, ale teraz wiem i mam zamiar zobaczyć to z bliska. - odpowiedziała Lara. Przyjaciele wiedzieli co dziewczyna ma na myśli mówiąc, że chce to zobaczyć z bliska więc zaczęli ją namawiać, żeby poszli już do domu, lecz Lara miała inny zamiar. Nie czekając na pozostałych dziewczyna podeszła do dziury i nachyliła się, aby zobaczyć co jest na dole.
- Ciemno tutaj. -Powiedziała Lara.
- Dziwisz się jak to dziura? -spytała Grażynka.
-Nie, ale to nie przypomina mi dziury lecz tunel. -rzekła dziewczyna odwracając się do stojących na brzegu przyjaciół. Michał spojrzał na Grażynę i Piotrka, którzy wiedzieli o co mu chodzi.
- Nie lepiej byłoby zejść tam z latarką? - spytał Piotrek.
- Masz rację, ale czy ja powiedziałam, że schodzimy na dół? - odparła Lara.
- Chociaż z drugiej strony są ferie no i . . . - Lara nie zdążyła dokończyć zdania, Piotruś odezwał się.
- To mam iść po latarkę czy nie?
- Nie trzeba mam ją w plecaku. Przecierz dobrze wiecie, że w tym plecaku jest wszystko co ma związek z moją pasją - powiedziała Lara. Piotrek spojrzał na Grażynę lecz po jej minie poznał, że nie mają innego wyboru jak pójść z Larą lub wrócić do domu.
- Kto jest gotów podjąć kolejne wyzwanie? - spytała wojowniczo Lara. Michał podszedł do Lary na znak, że idzie z dziewczyną. Grażynka patrząc z niepokojem na Piotrka, odeszła do niego i stanęła koło Michała i Lary. Piotrek patrząc na swoich przyjaciół nie wiedział czy ma do nich dołączyć czy pójść do domu. Spojrzał na Larę i zrozumiał, że nigdy nie było tak, aby w czasie niebezpieczeństwa zostawiła go samego. Wiedział, że zawsze może na nią liczyć i nigdy się nie zawiedzie. Po chwili namysłu Piotrek niepewnie ruszył ku pozostałym.
- Czyli nikt nie idzie do domu? O.K . Michał wchodzisz pierwszy potem idze Grażynka, a ja i Piotrek schodzimy na końcu . Zrozumiano? - powiedziała z uśmiechem Lara.
- Tak jest pani kapitan. - zawołali wszyscy.
- A więc komu w drogę temu czas. Michał idź. odparła dziewczyna. Kidy wszyscy znaleźli się na dole, Lara zapaliła latarkę.
- Tu są pochodnie! - krzykneła Grażyna, a jej głos potoczył się daleko w głąb jaskini.
- Masz zapałki? - spytał Michał Larę.
- Tak. -odparła dziewczyna wyciągając z plecaka małe pudełko i podając je chłopakowi. Michał podszedł do najbliższej pochodni i zapalił ją poczym zrobił to samo z trzema pozostałymi. Kiedy wszyscy dostali już palącą się pochodnię, ruszyli za Larą w głąb tunelu? Ściany, które były oświetlone przez pochodnie były mokre, a w niektórych miejscach pokryte bluszczem.
- To interesujące - powiedział Piotrek.
- Co jest interesujące? - spytał się Michał.
- Tyle już przeszliśmy i ściany były mokre, a tutaj są suche. rzekł chłopak.
-I to cię tak zainteresowało? - zdziwiła się Lara. Wszyscy spojrzeli na nią z niedowierzaniem lecz po chwili Grażyna powiedziała:
- To jest interesujące bo jeśli ściany nie są mokre to dlaczego ziemia jest mokra? - tu Grażynka miała rację. Lara namyśliła się, ale chwili odrzekła:
- Idziemy dalej póżniej o tym pomyślimy. Przyjaciele nie protestując poszli za dziewczyną. Nagle natknęli się na ślepy zaułek gdzie na ścianie było coś napisane. Michał oświetlił ścianę, aby wszyscy mogli się przyjrzeć owym napisom.
- Co to za język? - spytał Piotrek.
- Łacina. -odrzekła Lara.
- Umiesz to przetłumaczyć? - spytał Michał, który wiedział, że jego przyjaciółka uczyła się z dziadkiem języka łacińskiego.
- Oczywiście. Tylko muszę sobie przypomnieć poszczególne słowa. - odparła dziewczyna. Lara przyjrzała się dokładnie napisom poczym zaczęła tłumaczyć poszczegulne słowa.
- "Pierwsza cegła . . . Góra . . . po prawej stronie . . . lew pilnuje wejścia.. . wielki skarb. . . trudności w suchej wodzie . . . mało czasu do pomocy . . . skarb można zdobyć tylko . . . dziecko z czystym sumieniem . . . dziecko złe na ofiarę . . . woda zaleje korytarz . . . "
- Przyjaciele spojrzeli na Larę lecz dziewczyna nie zwróciła na to uwagi.
- Myślisz, że to prawda? - spytał się Piotrek.
- Obawiam się, że tak - powiedziała Lara, ale wcale jej to nie przeraziło. Wręcz inaczej - bardzo się ucieszyła.
- Więc pomyślmy logicznie. Co to za trudności z suchą wodą? - spytał Michał.
- Już wiem! - krzykneła Grażyna.
- Pomiętacie to suchą ścianę, na ziemi wodę? - spytała dziewczyna.
- No tak! że też na to nie wpadliśmy wcześniej! - powiedział Michał.
- A więc zawracamy. - rzekła Lara. Wszyscy podążyli za dziewczyną rozglądając się bacznie ścianom jakby miały się zamienić w wielkiego potwora. Gdy wszyscy znaleźli się obok suchej ściany Lara przeczytała przepisany tekst lecz poczwartym zdaniu przewała.
- Połuż rękę do ściany. - zwróiła się Lara do Piotrka. Chłopak ostrożnie położył rękę na ścianie, poczym odetchnął z ulgą widząc, że nic się nie stało.
- A teraz rób to co ci powiem. Dotknij pierwszą cegłę na wysokosci swojego ramienia . . . - Piotrek zrobił to co nakazała mu przyjaciółka.
- Następnie po prawej stronie na samej górze dotknij tej cegły, która jest pokryta bluszczem. - powiedziała Lara. Kiedy Piotrek to zrobił, cegła którą dotknął na samym początku ruszyła się powoli? Chłopiec odskoczył szybko chowiąc się za płaszczem Lary. Przyjaciele czekali co wydarzy się dalej. Nagle cegły w tym samym rzędzie zaczęły same pękać, aż reszta górnych spadła samowolnie. Piotrek nadal skryty za płaszczem Lary wyjrzał i ujrzał coś co reszta zauważyła pare sekund wcześniej. Dziura, która była w ścianie okazała się tak duża, że nieczekając ani chwili dłużej przyjaciele zaczęli przez nią pojedyńczo przechodzić. Ostatni wszedł Michał. Kiedy wszyscy znaleźli się po drugiej stronie muru, ujrzeli wielką przestrzeń wypełnioną przeróżnymi rzeczami począwszy od kości, a skończywszy na dziwnej szkatułce przypominającej piramidę. Piramida ta świeciła się przeróżnymi kolorami co nadawało jej ładny wygląd.
- Przypominają mi się czasy kiedy wpadliśmy do dziury kreta i w głębi jaskini ujrzeliśmy piramidę. - powiedział Piotrek, który zawsze w krytycznym momęcie wymykał się i biegł po pomoc natomiast reszta walczyła ze swoim wrogiem.
- Mi to bardziej przypomina wędrówkę do pustego drzewa gdzie znależliśmy martwą Klaudię. - powiedział Michał, który w czasie tej wyprawy został przygnieciony przez żylandor.
- A mi to poprostu przypomina kolejną wędrówkę z Larą. - odparła Grażynka.
- I otuż to ! - zawołała z radością Lara.
- Przed państwem kolejna wyprawa z Larą w nieznane - dodała. Wszyscy spojrzeli na dziewczynę z niepokojem.
- No co tak się patrzycie? To nie moja wina, że na każdej wyprawie natrafiamy na zbiegłego więźnia lub mordercę. - oburzyła się dziewczyna.
- Nie to mieliśmy na myśli, tylko . . . - Grażynka nie dokończyła bo Lara wpadła jej w słowo.
- No to jeśli nikt nie ma nic przeciwko pójdę dalej. - iruszyła w stronę piramidki stojącej na stole.
- ZACZEKAJ! - krzyknęli wszyscy biegnąc w stronę dziewczyny. Kiedy wszyscy doszli do piramidy niemogli oderwać od niej wzroku? Piramida była piękna, a do tego świeciła przeróżnymi kolorami, które zmieniały swoje miejsce z jednego na drugie.
- Tu znowu jest coś napisane - powiedziała Grażynka, która zauważyła napis. Wszyscy odsunęli się od napisu i dali przeczytać go Larze. Dziewczyna kiedy skończyła przepisywać tekst powiedziała do swioch przyjaciół:
- To jest napisane szyfrem i nawet jeśli znam treść tych słów nie zrozumiem o co w nich chodzi. - Wszyscy spojrzeli na Larę z zadziwieniem, aż w końcu Grażyna powiedziała:
- Ja odgadnę ten szyfr. W końcu dzięki mnie tu jesteśmy. - Dopiero po tych słowach przyjaciele przypomnieli sobi, że to Grażynka jest 'książką' tej wyprawy i bez trudu rozszyfruje wszystko co będą chcieli. Po chwili koło tabliczki z napisem nie było nikogo oprucz Lary tłumaczącej napis i Grażyny, która z wielką zawziętością prubowała rozszyfrować znaczenie napisanego tekstu. Minęło zaledwie dziesięć minut, obie dziewczyny odwróciły się do pozostałych i oznajmiły wesołym tonem.
- Oznajmiam obecnym tu gościom, że wielka zagadka numer dwa zakończyła się powodzeniem. Otóż, aby ruszyć w dalszą drogę, a raczej ją zakończyć trzeba na tę oto piramidę spuścić osiem kropel krwi dziecka, a że my nimi jesteśmy bez trudu dojdziemy do końca naszej podruży. -wszyscy byli przerażeni tym co powiedziała Lara, ale także byli podekscytowani.
- Oczywiście to jest pierwsza sprawa. Drugą sprawą jest to, że jeśli ta osoba chce użyć tego co jest w piramidzie to już z tąd nigdy nie wyjdziemy bo owa jama zawali kamieniami nam drogę. - dodała dziwczyna patrząc na przyjaciół.
- Ale po co nam to mówisz jeśli dobrze wiesz, że nie chcemy go użyć? - spytał zawsze przerażony Piotrek.
- Nie wiem. - powiedziała jakby od niechcenia Lara.
- Pomyślałam sobie, że to was zaciekawi. - dodała. Po nie całych pięciu minutach czwórka przyjaciół zebrała się wokół piramidy.
- To kto daje odrobinę swojej krwi? - spytał spokojnie Michał patzrąc ukradkiem na Larę.
- Przeciesz wiem, że swojej nie dacie, chyba że u lekarza - powiedziała Lara jakby usłyszała werdykt przyjaciół. Dziewczyna spokojnie wyjęła z plecaka scyzoryk i leciutko przejechała ostrzem po kciuku. Nagle z palca zaczęła skapywać krew więc nie czekając długo, dziewczyna wyciągnęła rękę nad piramidą tak, aby osiem kropel krwi kapnęło na wierzchołek piramidy. Cała ta scena przebiegła w niewiarygodnej cisz i gdy się skończyła, piramida przestała jarzyć się swoimi pięknymi kolorami, a jej barwa przybrała kolor mocno krwisty. Po chwili w miejscu gdzie stał wielki kufer wypełniony złotem, przyjaciele ujrzeli coś w postaci ogromnego basenu, lecz zamiast pięknej bezbarwnej tafli wody ujrzeli zieloną jagby pokrytą glonami wodę.
- Co to jest? - spytała się Grażynka, która miała wstręt do wody gdzie są glony wodorosty i inne rośliny.
- Wygłąda mi to na glony. - powiedziała jakby z nudów Lara.
- Ale co mkiało znaczyć, że zobaczymy co jest w środku piramidy? Przecież ona dalej jest zamknięta. - rzekł Piotrek.
- Może, żeby ją otworzyć trzeba zanurkować pod wodą. - dodała Grażynka.
- I ty to zrobisz. -odezwał się jakiś nieznany im głos.
- Kto to? - spytała Lara jakby niedawno obudzła się z koszmaru sennego.
- Ja. - rzekła nieznajoma osoba i pomaszerowała w oświetlone miejsce. kiedy owa postać ukazała się, Grażynka wydała z siebi pisk przypominający pisk opon na drodze. Wszyscy momentalnie cofnęli się chowiąc się za Larę. Dopiero po chwili Lara rozpoznała w obcej twarzy osobę, która zabiła jej ciocię kiedy poraz pierwszy wyruszyła w daleką wyprawę.
- To ty -powiedziała złowrogo dziewczyna.
- Znasz mnie? -zdziwił się, ale odrazu przybrał złośliwy grymas na twarzy.
- Jakbym nie miała znać, a raczej pamiętać - odpowiedziała Lara z nienawiścią w głosie. Człowiek spojrzał na nią uśmiechnięty, ale po chwili jego radość przeminęła.
- To nie może być prawda. - powiedział z przerażeniem człowiek.
- A jednak - odparła dziewczyna coraz bardziej zniecierpliwiona.
- Przecież ty leżałaś tam . . . - mężczyzna nie zdążył dokończyć bo Lara weszła mu w słowo.
- Ale widocznie ktoś mnie bardzo lubi jeśli teraz jestem tutaj. po tych słowach dziewczyna uśmiechnęła się wesoło.
- Nie bądż taka uradowana dziewczynko. - powiedział mężczyzna.
- Bo co, teraz zabijesz jednego z mioch kumpli? - spojrzała na swoich przyjaciół.
- Nie muszę ich zabijać, żeby mieć to co chcę. - odparł mężczyzna.
- Jeśli wogóle to będziesz miał - rzekła Lara.
- Muszę powiedzieć ci z przykrością, ż będę to miał a wszystko dzięki tej dziewczynie. - powiedział i przyciągnął do siebi przestraszoną Grażynkę. Michał chciał rzucić się na obcą osobę, ale Lra powstrzymała go od tego.
- Strach was obleciał? - zadrwił mężczyzna i popchnął Grażynkę w stronę wody. Lara zrobiła się blada na twarzy. Dobrze wiedziała, że przyjaciółka nie umie dobrze pływać.
- Zostaw ją! - krzyknął Piotrek.
- Jak chcesz. - odrzekł mężczyzna i popchnął Grażynkę do wody. Dziewczynka zaczęła się topić, a po chwili wogóle nie wyszła z wody.
- NIE! - krzyknęła Lara i rzuciła się do zielonej jak trawa wody. Dziewczyna wynurzała się co chwila z wody aby zaczerpnąć powietrza i po chwili znowu znikała w wodzie.
- Jakie to wzruszjące. - zadrwił mężczyzna widząc sparaliżowanych przyjaciół Grażynki.
- ZAMKNIJ SIĘ! - wrzasnął Poitrek podchodząc do mężczyzny.
- Nikt nie będzie drwił z moich przyjaciół, ajuż na pewno nie z Grażynki i Lary. krzyknął zdenerwowany chłopak.
- To może chcesz zamienić się z nimi miejscami? - spytał mężczyzna. Piotrek spojrzał się na obcego i podszedł z powrotem do Michała. Nagle z wody wynurzyła się Lara z miną, która nie wróżyła nic dobrego.
- Jakie to smutne. Utopiła się? -spytał mężczyzna z rozbawieniem w głosie. Lara spojrzała na niego mściwie.
- Jeśli nie chcesz, żeby ktoś inny nie skończył tak jak tamta, to idż pod wodę i otwórz tą przeklętą piramidę. powiedział obcy i uśmiechnął się do Lary. Dziewczyna nie miała zamiaru ryzykować następnym życiem jednego ze swoich przyjaciół, więc wskoczyła do wody. Pozostali czekali na to co się stanie, aż w końcu dziewczyna wyszła trzymając w rękach coś co przypominało muszlę. Lara rzuciła muszlę mężczyżnie i ruszyła w kierunku pzryjaciół lecz obcy ją zatrzymał.
- Zaczekaj!. Już nie będziesz mi potrzebna. - powiedział i wyciągnął pistolet. Piotrek zauważył to i w tym samym momęcie kiedy mężczyzna strzelił, chłopak rzucił się na Larę odpychając ją, a sam zosał zastrzelony.
- NIE! - krzyknęła dziewczyna podbiegając do Piotrka. Mężczyzna uśmiechnął się i otworzył piramidę. W środku był średniej wielkości zegarek, a na nim niezliczona ilość wskazówek. Obcy podszedł do niego i wziął go z miejsca.
- Oto coś na co od dawna czekałem. Dziękuję ci Laro. - powiedział mężczyzna i odwrócił się. Miał zamiar już iść kiedy ktoś zawołał go po imieniu.
- Stój Rogacz. - to była Lara. Nie miała teraz miłego wyrazu twarzy, wręcz przeciwnie. Z jej twarzy można było teraz odczytać, że jest bardzo zdenerwowana. Mężczyzna obrócił się i spojrzał na dziewczynę. Lara podeszła do Rogacza i powiedzała tak cicho, że tylko on ją usłyzsał.
- Jeśli nie jesteś tchuzrem to walcz z nami. - Michał spojrzał ze zdziwieniem, a zarazem ze strachem na dziewczynę.
- Taka jesteś odważna?. No dobrze. - Rogacz położył zegarek na kamieniu i podszedł do Michała.
- Może najpierw ty. - powiedział. Michał spojrzał na niego ze strachem w oczach.
- Odłożę pistolet. - powiedział odkładając broń, a jednocześnie nie spuzsczając wzroku z Michała. Kiedy Michał to zobaczył pomyślał, że ma niewielkie szanse na wygraną bo uczył się karate. Walka pomiędzy Rogaczem, a Michałem rozpoczęła się. Lara wiedziała, że nie może stracić czasu więc najciszej jak tylko potrafiła skradła się do zegarka. Rogacz zauważył to więc wyciągnął nóż i skierował go w stronę Michała.
- Ani się wasz bo twój kumpel skończy tak samo jak pozostali. - Lara spojrzała na zegarek na którym było napisane " jeden raz nic nie szkodzi jeśli dobre serce masz dwa razy już nie prubuj jeśli rozum posiadasz. Dziewczyna kiedy przeczytała tekst, zrozumiała jego treść i jak najszybciej mogła poboegła w stronę zegarka. Rogacz widząc to, rzucił nóż w stronę Michała który był od niego zaledwie pięć metrów. Kiedy Lara dotknęła zegarka stała się rzecz niewiarugodna. Wszystko zaczęło się przewijać. Ujrzała poraz drugi wejście do jaskini, śmierć Grażynki i Piotrka, walkę Michała z Rogaczem aż dobiegła do końca wydarzeń. Na zegarku pojawiło się pytani: w jakim czasi chcesz być?
- Śmierć Grażynki - powiedziała ściszonym głosem Lara. Po pewnym czasie dziewczyna zauważyła scenę w której jej przyjaciółka miała zostać pchnięta w wodę. Lara ostroznie podeszła do mężczyzny i obruciła jego rękę w inną stronę, tak aby nie stało się nic złego Grażynce. Kiedy Lara to zrobiła obraz który widziała zaczął znikać, a w chwilę później, pojawiła się koło mężczyzny który kierował w jej stronę broń. Lara dokładnie pamiętała, że właśnie w tej chwili Piotrek poświęci swoje życie aby ją uratować, więc podeszła do Rogacza i wyjęła mu broń z ręki. Obraz znowu zaczął tracić swoje barwy i po chwili dziewczyna zobaczył jak Rogacz chciał rzucić nóż w stronę Michała. Dziewczyna wiedziała, że to jest ostatnia rzecz jaką zrobi więc podeszła do wiszącego w powietrzu noża i z całej siły obracała go w przeciwną stronę. Krew ciekła z rąk Lary, ale dziewczyna nie poddawała się. Wiedziała, że tylko w ten sposób uratuje Michała. Nagle nóż ustąpił i obrucił się prosro w stronę Rogacza.Lara uśmiechnieta podeszła w stronę piramidy i rzekła:
- To już koniec. - po chwili dziewczynie wydawało się, że wszystko toczy się w zwolnionym tępie nabierając prędkości i gdy tylko nóżwbił się w pierś Rogacza, czas nabrał dawną prędkość i jedyne co Lara zdążyła usłyszeć to:
- Jeszcze się z tobą policzę. - Dziewczyna spojrzała na swoich przyjaciół którzy patrzeli na nią ze zdziwieniem.
- Przecież ja się utopiłam. - powiedziała Grażynka.
- Jesteśmy w niebie? - spytał Piotrek.
- Jeszcze nie czas na ciebie. - powiedziała Lara.
- To jak to . . . - Michał nie zdążył dokończyć bo Lara weszła mu w słowo.
- Czasem trzeba poigrać z czasem.
- A więc to ty! - krzyknęli wszyscy rozumiejąc dopiero co się stało. Lara uśmiechnęła się do nich i powiedziała:
- Ktoś musiał, ale dokładnie opowiem wam później bo teraz musimy z tąd uciekać. - wszyscy spojrzeli na sklepienie które powoli się zawalało. Przyjaciele spojrzeli na siebie i z uśmiechem zrobili sobie zdięcie poczym szybko z tamtąd uciekli. Tunel zawalał się coraz szybciej. Piotrek który był najszybszy kierował resztą przyjaciół. Ostatnia biegła Lara. Kiedy wszyscy wyszli, miejsce w którym znajdował się staw zawaliło się tworząc ogromna dziurę.
- W samą porę! - zawołała Lara śmiejąc się czego nie zrobili jej przyjaciele.
- No co tak stoicie?. Wszystko dobrze się skończyło, a teraz choćmy na policję aby odkopali Rogacza, a wzaszdzie jego zwłoki. - dodała dziewczyna. Wszyscy dalej zdumieni poszli razem z Larą opowiadając sobie niewiarygodne zdarzenia, które miały miejsce po ziemią. Kiedy policja przyszła na miejsce, wydostała z pod gruzów Rogacza i rozgoniła tłum gapiów.
- Dalej nie mogę w to uwierzyć - mówiła mama Lary płacząc i jednocześnie przytulając do siebie córkę.
- Czas najwyrzszy, aby uwierzyć. - powiedziała dziewczyna z uśmiechem i spojrzała na swoich przyjaciół. Oni odwzajemnili uśmiech i wszyscy razem poszli w stronę swoich domów.
Na następny dzień okolica Malownic ogłaszała wielkie zwycięstwo czterech przyjaciół nad Rogaczem co pomogło chociaż trochę Larze w zrealizowaniu jej marzenia. Otórz dziewczyna od dłuższego czasu pragnęła zostać archeologiem. Od dnia tego niewiarygodnego zdarzenia, gmina Malownice pozwoliła dziewczynie na zrealizowanie własnego koła archeologicznego w którym mogli brać udział wszyscy chętni.
- Widzicie?!. Wszystko da się zrobić. - powiedziała Lara chodząc po sali gdzie odbywały się jej pierwsze zajęcia.
- Tak . . . Tylko najpierw trzeba mieć twarde nerwy aby nie popaść w depresję. - dodała Grażynka.
- Ważne, że się udało. I to jest najważniejsze. - powiedział Michał.
Dni mijały a Lara prowadziła zajęcia archeologiczne, lecz nie wiedziała że już niedługo zmierzy się z jeszcze gorszym przeciwnikiem. - który połączył się w jedną całość . . .
_________________________________________
osobiście mi oczy prawie wypaliło przez te błędy. Wyobraźnię to ja miałam nie powiem, ale z takimi podstawowymi błędami to się schować mogłam
jak się Wam podoba ? dzieło mniejszej mnie nie patrząc pod względem błędów od których tu się ROI!
  • awatar The.End.: Potem Wiki przeczytać bo teraz foch:( Ale nie na was :*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

*TOM PIERWSZY - CZY TE OCZY MOGĄ KŁAMAĆ?*

*Rozdział dziewiąty - Spotkanie w parku*

Na drugi dzień Gosia przyszła smutna do domu. Nie miała najmniejszej ochoty spotkać się z Wiewiórą, jednak dla Tarmińskiego była w stanie znieść wszystko. Nie witając się z nikim poszła do swojego pokoju zamykając za sobą drzwi i jak zawsze, zapomniała, że ma lokatora. Bourdon, widząc przygnębioną Oxfordkę, odłożył książkę na biurko i spytał.
- Co ci jest?
- Nic. Za pół godziny muszę iść się spotkać z takim jednym Łukaszem. – Wyjaśniła dziewczyna nie wprowadzając chłopaka w szczegóły.
- Przecież Tarmińskiego znam. – Zdziwił się patrząc podejrzliwie na Oxfordkę. Wyczuwał, że dziewczyna coś kręci, ale nie dał po sobie tego poznać.
- Nie z nim… O niego chodzi.
- Nie rozumiem – powiedział Rob, siadając wygodniej na krześle i patrząc na Gosię.
- Muszę pójść do parku do kolegi nic więcej – rzekła Oxfordka pomijając wręcz wszystkie ważne szczegóły tego spotkania. Nie chciała, żeby ktokolwiek w tym uczestniczył, biorąc pod uwagę to, że sama nie wiedziała co tam będzie się działo i… czy wróci cała do domu.
- A... To już się zbieraj bo nie dojdziesz – powiedział Bourdon, spoglądając na zegarek.
- Tak... – mruknęła pod nosem dziewczyna. Rzuciła w kąt plecak i wyszła z pokoju.
- Cześć - odpowiedział Rob, po czym wzruszył ramionami i ponownie zagłębił się w lekturze. Coś jednak podpowiadało mu, żeby zejść na dół do salonu gdzie siedzieli pozostali. Rob usiadł koło Delsona, po czym wszyscy zaczęli rozmawiali o byle czym, gdy nagle Chester przyszedł cały zgrzany jakby właśnie przebiegł maraton.
- Gdzie Gosia? – spytał, rozglądając się po pomieszczeniu.
- Poszła do parku spotkać się z Wiewiórką - odpowiedziała mama.
- Do Wiewiórki!? - krzyknęła Alex, podnosząc się gwałtownie z fotela.
- No tak. Coś się stało? – Zdziwiła się kobieta
- Przecież oni się nienawidzą! On może jej coś zrobić! – Przeraziła się Oxfordka.
- Jadę tam - rzekł Bourdon biegiem wychodząc z domu.
- Rob! - krzyknęła Alex lecz chłopak już wyszedł. Kiedy dziewczyna wybiegła za nim, jego już nie było…


Tymczasem Gosia była już na miejscu i stała parę metrów od Łukasza. Nagle za Oxfordką pojawiło się dwóch dryblasów idących w jej kierunku.
- Mieliśmy być sami – powiedziała, spoglądając w tył.
- Nic takiego nie mówiłem - rzekł Wiewiórka, śmiejąc się.
- Czego chcesz?
- Ciebie. Nie powinnaś ze mną zrywać.
- Ale to zrobiłam - odparła Oxfordka.
- Mam nadzieję, że po dzisiejszym dniu zmienisz zdanie - rzekł Łukasz, a jego dwóch kolegów złapało Gosię tak, że dziewczyna nie mogła się ruszyć.
- Zrobimy to szybko, a wtedy możesz chodzić z kim chcesz – powiedział chłopak.
- Zostaw mnie! - krzyknęła Gosia, na co Wiewiórka zaczął się śmiać. Podszedł do dziewczyny i rozerwał jej bluzkę.
- Puszczaj! Zostaw mnie! - krzyczała Oxfordka, a w oczach miała łzy. Próbowała się wyrwać z uścisku chłopaków, ale była za słaba jak na nich dwóch. Łukasz zaczął ją całować po szyi i ustach, próbując dobrać się do jej kolejnej bluzki. Dziewczyna była już przekonana, że to koniec. Przestała się szamotać, bo wiedziała, że to nic nie da. Nagle poczuła, że kumple Łukasza rozluźniają uchwyt. Oxfordka otworzyła oczy w tym samym momencie, gdy Wiewiórka dostał prosto w twarz z pięści od Bourdona. Łukasz upadł na ziemię lecz szybko wstał i rzucił się na Roba. Ten nie namyślając się długo uderzył chłopaka z kolanka w brzuch, tak że Wiewióra zgiął się w pół.
- Nigdy więcej nie dotykaj Ox - powiedział Rob, podnosząc Łukasza i popychając go jak szmatę na drzewo. Bourdon złapał chłopaka za gardło. - Wesoło ci było bawić się Gosią? Pobaw się ze mną. Ja zaczynam - dodał Rob i tak przywalił Łukaszowi, że ten stracił przytomność. Oxfordka nie była w stanie nic powiedzieć. Cała się trzęsła, a w dodatku nie mogła opanować płaczu. Pierwszy raz czuła się bezsilna. Bourdon podszedł do niej i ją przytulił. - Nie płacz. Już dobrze. Jestem przy tobie – powiedział, trzymając w objęciach przerażoną dziewczynę.
- Nie płacz. Chodź pojedziemy w jakieś spokojne miejsce byś się uspokoiła, a potem do domu. Dobrze? - Gosia kiwnęła potwierdzająco głową. Oboje patrzeli sobie głęboko w oczy i nie wiadomo kiedy zaczęli się całować. W tym samym momencie przez park szedł Tarmiński wraz z Pudzią. Widząc Bourdona z Oxfordką stanęli jak wryci.
- Teraz mi wierzysz? – spytała Paulina. Łukasz patrzył na swoją dziewczynę, poruszając ustami jakby chciał coś powiedzieć, jednak nic nie mówił. Był przekonany, że Paulina całą tą historię z ich ostatniej rozmowy wymyśliła, jednak teraz sam widział, jak Oxfordka całowała się z Bourdonem. Dziewczyna kiedy zauważyła Pudzie z Tarmińskim, było już za późno. Korsuń pociągnęła za sobą oszołomionego chłopaka, oddalając się coraz bardziej.
- Przepraszam – odezwał się Bourdon, rozumiejąc co właśnie zrobił.
- Nie przejmuj się. To nie twoja wina, a ja i tak będę musiała z nim skończyć… nie chciałam tylko, żeby to wyszło tak… tak… ehhh – westchnęła tylko dziewczyna. Rob starał się od tej chwili nawet jej nie dotykać. Zabrał ją jedynie z parku i zaprowadził do swojego samochodu. Kiedy oboje zapinali pasy, telefon Bourdona zaczął dzwonić. Chłopak wyciągnął komórkę z kieszeni.
- Nawijaj – powiedział.
- Jesteś z Gosią? Jej mama się martwi – odezwał się głos Delsona w słuchawce.
- Tak, wszystko wporzo. Siedziała na ławce - rzekł Rob, puszczając oczko do dziewczyny.
- Ok. Przekażę – odpowiedział chłopak i się rozłączył.
- Dzwonił Brad. Twoja mama się martwi. Zawiozę cię do domu dobrze? – spytał na co Oxfordka jedynie przytaknęła głową.
Tymczasem Tarmiński szedł z Pauliną przez rynek. Pudzia czuła, że między nią a Łukaszem jest coś więcej niż tylko przyjaźń, jednak chłopak stanowczo się tego wypierał.
- Nie rozumiem cię. Chciałeś z nią skończyć, a się wkurzasz – burknęła.
- Bo to nie miało tak wyglądać. Chcę z nią skończyć wtedy, gdy ona będzie w kimś zakochana, a Rob to po prostu jej przyjaciel – tłumaczył się chłopak.
- Ta, jasne. Przyjaciel, który się całuje, z resztą skąd wiesz? Mówiła ci?
- Nie! – krzyknął Tarmiński. Paulina nic nie zrobiła sobie z jego krzyku.
- Właśnie. Nie mówiła ci jak go pocałowała przed domem, a teraz to się z nim obściskuje i...
- Paula przestań! – Wrzasnął chłopak. – Mam swoje powody dlaczego to przeciągam, a jeśli ty nie potrafisz tego zrozumieć to trudno – powiedział. Paulina usiadła obok niego przy fontannie przy której się zatrzymał i spojrzała mu w oczy.
- Nie ma sprawy. Zrób tak jak uważasz za słuszne – powiedziała jedynie i oboje delikatnie chodź szczerze się do siebie uśmiechnęli.

W tym samym czasie Iza wpatrywała się urzeczona w Budynia. Mieszkała naprzeciwko niego i wiedziała o każdym jego kroku.
- Co tak się patrzysz? - spytał Guła, który właśnie do niej podszedł, zaglądając przez ramię kogo obserwuje.
- A tak sobie.
- Już ci uwierzyłem. Nie tylko ty patrzysz na Marcina ze ślinką na ustach.
- Wcale, że nie – powiedziała oburzona Rabczyńska i rąbkiem rękawa przetarła sobie usta. Karol widząc to zaczął się śmiać.
- Żartuję. Z tego co wiem jest wolny, więc startuj do niego póki masz okazję – rzekł chłopak. Iza uśmiechnęła się do niego, po czym oboje zaczęli wypatrywać z okna znajome twarze, śmiejąc się przy tym i żartując.
  • awatar ღ Pani M.ღ: @The.End.: Poprawione. Dzięki, że zauważyłaś :*
  • awatar Gość: @The.End.: to było w tempie przyśpieszonym xD
  • awatar The.End.: Gosia namotała i napisała lektura przez ó :P Nieładnie :D Wszyscy ze sobą kręcą,Wiki przestaje ogarniać :D Niby przyszli rywale,a sobie gratulują :o
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

*TOM PIERWSZY - CZY TE OCZY MOGĄ KŁAMAĆ?*

*Rozdział ósmy - Groźba Wiewióry*

- Stary czaisz to?! Normalnie mnie pocałowała. - Cieszył się jak małe dziecko Bourdon, opowiadając wszystko Delsonowi.
- Dziewczyny tak mają jak z czegoś się cieszą – powiedział Brad nie odrywając wzroku od swojego telefonu.
- Ale nie ona.
- A może jednak? – spytał. - Wiesz, Gośka jest zmienna – dodał od niechcenia.
- No tak. - Westchnął Rob, rozumiejąc słowa przyjaciela w innym kontekście.
- Nie smuć się! Ważne że cię pocałowała, a martwić się na zapas nie ma co. No dobra. Zainstalowałem to badziewie na telefonie – powiedział Delson pokazując Bourdonowi malutki ekranik, na którym widać było samochód.
- Nie rozumiem dlaczego wolisz grać w Carbona na takim małym gównie – rzekł poirytowany chłopak, jednak więcej się już nie odezwał tylko razem z przyjacielem zaczęli grać sieciowo w grę. Rob na komputerze, a Brad na telefonie.
Tymczasem Tarmiński rozmawiał u siebie w domu z Pauliną Korsuń.
- To nie możliwe. Słuchaj ja wiem, że ty coś teges do mnie, ale przecież jestem z Gosią – powiedział Łukasz. Pudzia ukryła twarz w dłoniach.
- Tu nie chodzi już o to co ja do ciebie czuje tylko o to, że Gośka na boku ma innego! Widziałam jak pocałowała tego gościa z Meteory!
- Pewnie coś ci się przewidziało – odpowiedział Tarmiński i odwrócił się w stronę monitora, włączając go. Oburzona dziewczyna wstała z krzesła, wzięła swoją kurtkę i wyszła z pokoju trzaskając drzwiami.
- Na razie – mruknął Tarmiński bardziej do siebie. Chłopak włączył komputer. Słynął z maniactwa komputerowego. Znajomi mówili o nim przyjaciel komputera bo zawsze gdy coś się u kogoś psuło, wołało się Tarmińskiego, który naprawiał błąd w pięć minut. Łukasz nie wiedział jednak, że nie tak dawno do Malownic przyjechał jego komputerowy przeciwnik, co okazało się pod wieczór, gdy Gosia i Rob rozmawiali w pokoju.
- Oprócz grania czymś się zajmujecie? - spytała Oxfordka.
- Mam ci mówić co robą wszyscy po kolei? – Zdziwił się chłopak. Jego zainteresowania czy zajęcia oprócz grania koncertów nie wydawały mu się takie interesujące, jednak Gosia cierpliwie oczekiwała na odpowiedź. - A więc. Mike zajmuje się malarstwem i grafiką, tak jak Joe. Chaz projektuje ciuchy. Brad uwielbia komórki, Phoenix to nasza złota rączka. Wynajdzie wszystko co tylko chcesz tylko trzeba dać mu trochę czasu. No, a ja się uczę.
- Uczysz? Ciekawe gdzie. – Zakpiła dziewczyna. Nie zauważyła, żeby chłopak siedział przed książkami lub wychodził gdzieś do szkoły.
- Nic nie wiesz bo jak ty jesteś w szkole, to ja siedzę przed laptopem i oglądam nagrane lekcje z mojej szkoły.
- Żartujesz! – krzyknęła Oxfordka. Wizja siedzenia w domu i zakuwania przed monitorem wydawała jej się wręcz niemożliwa.
- Poważnie.
- A sprawdziany?
- Zawsze odpowiadam ustnie. – W tym momencie zapadła grobowa cisza. Oxfordka patrzyła na chłopaka nie dowierzając. Najgorsze co mogło być to odpowiadanie ustne. Wyobraziła sobie jakby to było, gdyby ona musiała się tak uczuć, jednak szybko odepchnęła od siebie tą myśl i spytała:
- A kierunek jaki?
- Germanistyka, chociaż kumple namawiali mnie na medycynę. - Oxfordka spojrzała na Bourdona to z niesmakiem to z podziwem. Chłopak widząc jej minę spytał:
- Co jest?
- Nie nic… tylko…
- Tylko co?
- Nie to głupie – powiedziała Gosia i machnęła ręką jakby odganiała muchę.
- Z głupiego stwórz mądre. Powiedz. Będzie ci lżej.
- Ale..
- Nie wstydź się. Każdy ma problemy. – Namawiał ją chłopak.
- Jestem zagrożona… z niemca. - Wydusiła z siebie Ox i tym razem zdziwioną minę miał Rob.
- Nie mówisz poważnie? – spytał.
- Niestety. W tym roku kompletnie nic nie jarzę.
- Mogę ci pomóc. Kiedy masz kwalifikacje?
- Piątego czerwca - rzekła Gosia, nie mając nadziei, że nawet Bourdon może coś zdziałać.
- Mało czasu. Zaczekaj - powiedział chłopak i otworzył laptop. Dziewczyna patrzyła mu przez ramię jak z kimś pisze.
*Siemano stary! Mam problem i chciałbym, żebyś mi załatwił germanistykę w czerwcu. Da się coś zrobić?*
Odpowiedź przyszła po kilku chwilach.
*Zależy co to za problem. Oczywiście, że mogę zamówić Radę, ale jedynie w ważnych sprawach.*
Rob spojrzał na Gosię, która czytała to nie za bardzo wiedząc co się teraz dzieje, po czym odpisał.
*Moja kumpela jest zagrożona z niemca. Chciałbym jej pomóc a do kwalifikacji ma zaledwie miesiąc, więc muszę mieć czas.*
Tym razem odpowiedź przyszła bardzo szybko
*Trzeba było tak od razu. Nie ma sprawy. Może być od jutra!*
Bourdon uśmiechnął się.
*Dzięki Ci stary*
Odpisał i zamknął laptop.
- To problem z głowy –powiedział uradowany.
- Jaki problem? - spytała Gosia.
- Przygotuj się na jutro. Troszkę się pouczymy.
- Co?!
- To co słyszałaś - rzekł Rob i uśmiechnął się.
- Dziękuję ci! - Ucieszyła się Oxfordka i przytuliła się do Bourdona.
- Hmm... jak zrobię herbatę to też się na mnie rzucisz z radości? - Zazartował Rob, a Gosia tylko się uśmiechnęła.
- Jak robisz herbatę to poproszę – powiedziała, po chwili na co Bourdon wstał i wyszedł z pokoju. Dziewczyna momentalnie sięgnęła po telefon.
*Iza chyba się zakochałam.*
Odpowiedź przyszła po pięciu minutach.
*Piłaś coś? Przecież chodzisz z Łukaszem, a po za tym o kogo Ci chodzi?*
Dopiero wtedy Oxfordka przypomniała sobie, że Iza nic nie wie o Meteorze więc nie chcąc teraz wszystkiego wyjaśniać przyjaciółce, napisała.
*Jutro pogadamy.*
I odłożyła telefon na półkę w tej samej chwili, gdy do pokoju wszedł Rob z herbatą, którą położył na biurku.
- To zaczynamy od dzisiaj czy od jutra? – spytał.
- Od jutra - odpowiedziała Gosia, po czym oboje zaczęli rozmawiać dalej o dziwnych zwyczajach szkoły przez Internet.


Następnego dnia Gosia prawie spóźniła się do szkoły. Właśnie jadła pośpiesznie śniadanie, gdy ktoś zadzwonił do drzwi.
- Otwórz - rzekła Gosia do Bourdona, na co chłopak podszedł do drzwi i je otworzył. To była Iza.
- Dzień do.. - Dziewczyna nie dokończyła bo omal nie zleciała ze schodów przytrzymana w ostatniej chwili przez Bourdona. Oxfordka przestraszona tym hukiem wstała i pobiegła na korytarz. Gdy zobaczyła chłopaka trzymającego w ramionach jej przyjaciółkę wpatrzoną w niego jak w obrazek poczuła małe ukłucie zazdrości. Ten widok był dla niej ciosem poniżej pasa, ale przecież nie może winić za to ani Roba, ani Izy. Oxfordka nie wiedziała tylko jednego. Dlaczego jeśli chodzi z Łukaszem to na widok Bourdona przy innej dziewczynie robi się zazdrosna? Po chwili obudziła się z rozmyślań i powiedziała do dalej wpatrzonej w Roba Izy.
- Sory, zapomniałam ci powiedzieć.
- Takie ważne wydarzenie, a ty… - Puściła Roba i spojrzała na Gosię zdziwiona Iza nie mogąc się wysłowić.
- Tak bywa. Rob to jest moja przyjaciółka Iza Rabczyńska, no a ty go znasz więc chyba nie muszę wyjaśniać?
- Pewnie! To co idziemy? – spytała dziewczyna, spoglądając jeszcze na Bourdona, który stał obok Oxfordki.
- Tak - rzekła Gosia i wzięła swój plecak, leżący tuż przy drzwiach wyjściowych.
- Może was podwieźć? - spytał Rob.
- Nie, dzięki. Wiesz przecież, co masz na dzisiaj zadane, nie?
- Tak, tak. Nie zapomnę - rzekł Rob i uśmiechnął się do Gosi.. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i razem z Izą poszła do szkoły.
- Od kiedy u ciebie są? – spytała Rabczyńska kiedy tylko znaleźli się dalej od domu.
- Od moich urodzin.
- Ten Rob to nawet przystojny jest – powiedziała Iza.
- Nawet o nim nie myśl – burknęła Oxfordka.
- Gosia! Chyba nie...
- Właśnie w tym problem, że chyba tak. - Przerwała Rabczyńskiej Oxfordka, a dziewczyna się zatrzymała i spojrzała na przyjaciółkę zdziwiona.
- Przecież ty...
- Wiem! Chodzę z Łukaszem – Powiedziała Ox i wzięła za ramię Izę, by ruszyły w dalszą drogę.
- Co teraz zrobisz?
- Nie wiem. Będę musiała... - Dziewczyna nie dokończyła bo podbiegł do niej Wiewiórka uśmiechnięty od ucha do ucha.
- Czego tu chcesz? - spytała Gosia i nie był to ton wyrażający zaciekawienie, a raczej oburzenie.
- Żebyś spojrzała w tył. - Oxfordka odwróciła się i zobaczyła Tarmińskiego z Donatą Wołek. Oboje szli obok siebie i o czymś rozmawiali.
- No i? – spytała dziewczyna. Nie przeszkadzało jej, że chłopak spokojnie szedł sobie obok innej dziewczyny. Miał do tego pełne prawo tak samo jak ona sama.
- Widzisz co Donia daje Łukaszowi? Cukierka, który tak naprawdę jest malutką trucizną.
- Akurat.
- Nie wierzysz to patrz. - Gosia patrzała na Łukasza i Wołkę, a gdy chłopak wziął do buzi cukierka momentalnie zaczął się dusić. Oxfordka rzuciła plecak i pobiegła w stronę Tarmińskiego, a Wiewiórka i Donata śmiali się w niebogłosy.
- Przekaż Gosi że jutro jeśli nie przyjdzie do parku punkt 150 to Łukasz może iść na ostatnie namaszczenie - powiedział Wiewiórka do stojącej nieruchomo Izy, po czym dalej się śmiejąc poszedł w stronę szkoły. Rabczyńska dopiero wtedy pobiegła do Gosi pomagającej Tarmińskiemu złapać oddech.
- Już ci lepiej? – spytała, przytrzymując chłopaka, by nie stracił równowagi.
- Tak - powiedział Łukasz.
- Odprowadzę cię do domu. Iza przekaż Gałczyńskiej, że się trochę spóźnię.
- Wziąć ci plecak? – spytała przyjaciółka.
- Nie, daj mi go - odpowiedziała Gosia biorąc plecak od dziewczyny i kładąc rękę Tarmińskiego na swoim ramieniu. Iza spojrzała na Oxfordkę i upewniwszy się, że ta da sobie radę, poszła do szkoły, zaś Gosia powoli szła z Łukaszem do jego domu.
Iza doszła do szkoły po dzwonku, mimo to jej klasa jeszcze stała pod drzwiami. Guła widząc, że idzie sama spytał:
- A gdzie Ox?
- Łukasz miał mały wypadek. Szła z nim do domu i trochę się spóźni.
- Ale to chyba nic poważnego? - spytał.
- Raczej nie. O, idzie Gała - rzekła Iza, po czym cała klasa weszła do sali, gdzie miała się odbyć pierwsza lekcja tego dnia.
Tymczasem Oxfordka razem z Tarmińskim doszli do jego domu.
- Powiedz mamie że zasłabłeś i wróciłeś – powiedziała dziewczyna do chłopaka. Jego mama była nieco strachliwa, dlatego zawsze warto było wymyśleć na poczekaniu jakiś pretekst.
- Dzięki ci Gosiu – rzekł jedynie Łukasz i otworzył drzwi.
- Nie ma za co. Do zobaczenia.
- Cześć - odparł Łukasz i wszedł do domu, Gosia zaś ruszyła w kierunku szkoły wpatrzona w chodnik.
- Mam nadzieję że Gała zrozumie. - Myślała Oxfordka, idąc szybkim krokiem. Dziewczyna była zamyślona przez większą część drogi i nawet nie zauważyła, że niedługo wpadnie na Bourdona zapatrzonego w monitor komórki. Oboje na siebie wpadli.
- Rob?!
- Gosia?! Co ty tu robisz? – zdziwił się chłopak.
- Łukasz miał mały wypadek. Szłam z nim do domu, a teraz się śpieszę do szkoły. – Wyjaśniła dziewczyna.
- Teraz to chyba nie odmówisz żebym cie podwiózł?
- Jesteś samochodem?!
- Pewnie!
- Jezny spadłeś mi z nieba. – Ucieszyłą się Oxfordka.
- Jak zawsze. Chodź - rzekł Rob i razem z Gosią poszli do samochodu.
Oxfordka weszła do szkoły i pobiegła do klasy numer 45. Lekcja prawie dobiegła końca, jednak dziewczyna miała nadzieję, że Izie uda się jakoś wyjaśnić nauczycielce nieobecność przyjaciółki
- Ona naprawdę zaraz będzie.
- Za minutę jest koniec lekcji - powiedziała Gałczyńska i już przycisnęła do dziennika długopis, by wstawić Gosi nieobecność, gdy ta jak opętana wbiegła do klasy.
- Jestem! – krzyknęła wymachując rękami, a chwilę później zabrzmiał dzwonek na przerwę. Nauczycielka nie miała innego wyjścia jak wstawić dziewczynie spóźnienie. Oczywiście dziewczyna będzie musiała przynieść usprawiedliwienie z domu napisane przez rodziców, jednak nie martwiła się tym zbytnio. Miała powód, by nie pojawić się na zajęciach. W zasadach ustalonych wewnętrznie w szkole każdy uczeń miał prawo przyjść na koniec lekcji i mieć obecność jeśli miał ku temu ważny powód. Wagarowanie czy nagła potrzeba pójścia do sklepu nie mieściła się w granicach tych zasad, jednak pomoc koledze w wypadku była jak najbardziej uzasadniona.
- Odpisz od kogoś lekcje – rzekła jedynie Gałczyńska i pożegnała uczniów. Wychodząc z klasy, Iza przybliżyła się do Oxfordki i po cichu, tak, żeby nikt ich nie słyszał powiedziała:
- Muszę ci cos powiedzieć. Łukasz mówił, że jeśli jutro o 150 nie pójdziesz do parku to Łukasz może przyjąć ostatnie namaszczenie.
- Co?! – krzyknęła Oxfordka i stanęła jak wryta na środku korytarza. Inni patrzyli na nią jak na psychicznie chorą, jednak to nie miała znaczenia dla dziewczyny.
- Przykro mi – powiedziała Rabczyńska.
- Ok. Pójdę – rzekłą stanowczo Ox
- Gosia! – Przestraszyła się Rabczyńska.
- Tu chodzi o Łukasza! - powiedziała Oxfordka z naciskiem na każde słowo i odeszła w głąb korytarza zostawiając Izę samą.
  • awatar The.End.: Oj Gosiek,ty chcesz z tego kryminał zrobić? :D Ale czekam na te ostatnie namaszczenie :P Wiesz,że ja coś takiego miałam? :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

*TOM PIERWSZY - CZY TE OCZY MOGĄ KŁAMAĆ?*

*Rozdział siódmy - Lekcja historii*

Po weekendzie czas było wrócić do szkoły. Iza wraz z Gosią szły spacerkiem na zajęcia, rozmawiając o wszystkim co wydarzyło się w ostatnich dwóch dniach.
- Jak ci minął weekend? - spytała Iza.
- Szczerze?
- No tak.
- Zarąbiście – odpowiedziała Gosia i uśmiechnęła się od ucha do ucha. Rabczyńska jeszcze nie wiedziała kto zamieszkał u Oxfordki, dlatego reakcja przyjaciółki wydała jej się dziwna.
- Od kiedy masz taki entuzjazm w głosie po sobocie i niedzieli, co? – spytała.
- Od dwóch dni. – Podkreśliła Gosia tą znaczącą odmianę. Dziewczyna zawsze powtarzała, że weekend Bóg stworzył dla osób, które mają problemy z alkoholem lub brakiem wolnego czasu w dni robocze. Ona sama jednak nie przepadała za tymi dniami. Cały dzień bezczynnego „nic nie robienia” doprowadzał ją do szału.
- Jeszcze nie znam cię za dobrze, ale chyba musiało spełnić się twoje marzenie. Zwykle dla ciebie weekend to zło konieczne.
- O takim marzeniu to ja nawet nie śniłam - rzekła Gosia. Iza nie wytrzymując tej niepewności stanęła, oczekując wyjaśnień, zaś Oxfordka machnęła jedynie ręką i wzięła przyjaciółkę pod ramię.
- Powiem ci jak będziemy wracać ze szkoły – powiedziała jedynie.
- Ale ja nie wytrzymam – rzekła Rabczyńska tonem smutnego dziecka, któremu zabrano zabawkę.
- Wytrzymasz… Zapomnisz – odparła Gosia, uśmiechając się pod nosem.
- Akurat - Mruknęła Iza i obie weszły do szkoły. Ich pierwszą lekcją w poniedziałki była historia, na której jak co tydzień pan Pompka przepytywał wybranych uczniów z dat. Tym razem do odpowiedzi wybrał Gosię oraz Kubę, którzy stojąc przy biurku nauczyciela uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo. Od samego początku mieli patent na nauczyciela tak dobry, że ani razu nie zawiódł, a uczniom przynosił ogromne korzyści. I tym razem oboje postanowili go wykorzystać, kiedy tylko pan Pompka zacznie zadawać zbyt wnikliwe pytania.
- Kuba powiedz mi co zaszło w 1000 roku? – spytał mężczyzna, skrupulatnie zapisując coś w swoim zeszycie.
- Zjazd w Gnieźnie - odpowiedział Kisiel.
- Dobrze, a ty Gosia, kiedy była I wojna światowa?
- W 1914 roku.
- Tak… no dobrze… żeby nie było tak łatwo. Kuba opowie mi biografię Hitlera, a ty Gosia Stalina. - Oboje spojrzeli na siebie, rozumiejąc się bez słów. Właśnie nadszedł czas, by zakończyć przepytywanie uczniów.
- Zanim powiem to mam pytanie panie Pompka – powiedziała Gosia, a w klasie zapanowała cisza. Wszyscy byli już przygotowani na niepowtarzalny spektakl.
- Tak? – Zainteresował się mężczyzna i usiadł wygodnie na swoim krześle.
- Czy to prawda, że aniołowie stworzyli piramidy?
- Właśnie! I kiedy się pan urodził? - dodał Kuba. Pan Pompka podrapał się po głowie szukając odpowiedzi.
- Z tymi aniołami to musiałbym pomyśleć, a kiedy się urodziłem? Hmm... dawno temu to było. – W klasie dało się słyszeć ciche śmiechy. Pan Pompka był jedynym nauczycielem, który w tak prosty sposób wdawał się w całkiem inną rozmowę odchodząc od przepytywania uczniów. Na dodatek, pytając się go o jego własne życie, również nie zawsze znał odpowiedź.
- Na pewno pan płakał - rzekł Kuba z poważną miną.
- Tak... na pewno. Nie miałem też ubrania. - Mówił nauczyciel historii przez większą część lekcji. Opowiadał jak młode matki mają problemy z wychowaniem dzieci i nie zawsze w przyszłości są one grzeczne. Pięć minut przed dzwonkiem ocknął się z rozmyślań na temat higienicznego zużycia pampersów przez niemowlęta i spytał.
- Na czym skończyliśmy?
- Na wstawieniu nam szóstek – odpowiedział zadowolony Kisiel, puszczając oczko do reszty klasy.
- No tak… faktycznie - rzekł Pompka i bez chwili zastanowienia w rubrykę z odpowiedziami ustnymi dopisał po szóstce Gosi i Kubie. Kiedy tylko to zrobił zadzwonił dzwonek na przerwę, po czym wszyscy wyszli z sali.


Po zajęciach Gosia wyszła ze szkoły. Tuż przy bramie spotkała Trzcinowską patrzącą na nią z wyższością. Widząc, że dziewczyna do domu idzie na pieszo powiedziała:
- Jesteś żałosna. Twoja siostra nawet się nie wysili by po ciebie przyjechać. – Oxfordka odwróciła się w jej stronę.
- Wolę iść pieszo niż przytyć dziesięć kilo.
- Wiedziałam, że biedaki tak mają - powiedziała Justyna. Gosia już szła w jej stronę, jednak w połowie drogi zatrzymała się słysząc swoje imię. Dziewczyna odwróciła się w stronę skąd dochodził głos.
- Rob? – powiedziała jedynie, widząc chłopaka.
- Cześć – odpowiedział i podszedł do Oxfordki.
- Co ty tu robisz? - Zdziwiła się.
- Przyjechałem po ciebie.
- Czym? – spytała rozglądając się w poszukiwaniu samochodu, roweru… czegokolwiek.
- Tym gratem… Moja Carrera jest w naprawie i...
- Ty to nazywasz gratem? - spytała Gosia i spojrzała na Justynę, która patrzyła z zazdrością na terenowa Toyotę.
-Wybacz, nie mam czasu się z tobą kłócić. Jako biedota muszę odjechać tym… gratem do domu - odparła dziewczyna i razem z Bourdonem poszła do samochodu. Trzcinowska zaś odprowadzała ich wzrokiem, ciskając z oczu piorunami.
Oboje dojechali do domu. Wysiadając z samochodu, dziewczyna zaczekała na Bourdona.
- Dziękuję, że po mnie przyjechałeś. Fajnie byłoby jakbyś jutro też wpadł.
- Nie ma sprawy - odpowiedział Rob, a ucieszona Oxfordka pocałowała go w policzek i pobiegła do domu, zostawiając zamurowanego, ale też ucieszonego chłopaka. Nie miał zielonego pojęcia, że zwykły przyjazd pod szkołę tak ucieszy dziewczynę, ale jeśli to jej się podobało to chłopak postanowił wykorzystać okazję i przyjeżdżać po nią kiedy tylko będzie tego chciała.
  • awatar Gość: Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy ;)
  • awatar Powerfulleyes: @The.End.: :D może dziś może jutro... dziś mam 96 zdjęć do obejrzenia :d jakaś faza na zdjęcia mnie wzięła! :D
  • awatar The.End.: Oj Gosiek z tego jeszcze romans będzie :D No i kiedy wstawisz ósmy?!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 


*TOM PIERWSZY - CZY TE OCZY MOGĄ KŁAMAĆ?*

*Rozdział szósty - Spotkanie przyszłych rywali*

Jak w każdym mniejszym miasteczku, istniało pewne miejsce gdzie zbierali się młodzi ludzie, by spotkać się w gronie przyjaciół. Mógł to być park, plaża nad jeziorem czy konkretny lokal. W Malownicach miejscem takim było boisko. Duży obszar, gdzie można było robić prawie wszystko wydawał się idealnym miejscem spotkań, a co najważniejsze miejscem gdzie każdy mógł przyjść i pograć chociażby w piłkę tak jak przyjaciele Oxfordki. Spora grupka ludzi stała przy jednej z bramek, wykonując różne triki piłką.
- Zagramy? - spytał Guła stojących najbliżej niego towarzyszy.
- Możemy – odpowiedział Budyń, rysując na piasku coś co przypominało armię żołnierzy. - A Gosia będzie?
- Raczej nie. Poszła gdzieś z Tarmińskim – odezwał się Drozd.
- Zagramy w takim składzie jaki utworzy się tylko z nas. Nie ma sensu szukać innych. Jak ktoś będzie chciał to z daleka widać co dzieje się na boisku. – Zadecydowała Pudzia i podniosła piłkę z ziemi, by zacząć podział na dwie drużyny.
- Ja tez gram. - Wszyscy odwrócili się w stronę skąd dochodził głos. W stronę grupki przyjaciół zmierzał Wiewióra, jakby to, że nie jest mile widziany na terenie ulicy Meteora nic go nie obchodziło.
- Czego tu chcesz? – spytał Kisiel, szykując się do bójki.
- Chcę grać – odpowiedział chłopak i stanął naprzeciwko zgromadzonych. Guła wyszedł na przód i spojrzał z obrzydzeniem na Łukasza, po czym powoli i dosadnie powiedział:
- Wynoś się stąd. – Wiewióra uśmiechnął się najszerzej jak umiał.
- Bo co? – spytał.
- Bo nie masz się tu pokazywać – odpowiedziała Pudzia i stanęła po lewej stronie Karola.
- Gośki tu nie ma - rzekł Łukasz i rozejrzał się po boisku, by odnaleźć Oxfordkę.
- Ale ja jestem – powiedział Guła.
- Nalać mi możesz – odpowiedział Wiewióra przybliżając się coraz bliżej Guły. Niemal stykali się głowami, a między nimi napięcie stawało się coraz bardziej wyczuwalne.
- Jestem przyjacielem Ox i twoja obecność gryzie mnie tak samo jak ją – Guła popchnął chłopaka tak, że ten zrobił jeden krok do tyłu.
- Jak tak to zrób coś – rzekł Łukasz i również pchnął Gułę, tyle że mocniej. Wokół nich zrobiło się małe kółeczko z którego nie dało się wyjść. Wszyscy czekali co wydarzy się za chwilę, licząc na ciekawy spektakl.
- Chcesz się bić?
- No dawaj - odparł Łukasz, przyjmując postawę do ataku. Karol stał przez chwilę i patrzył na chłopaka. - Pękasz że tak stoisz? - I tu Wiewióra sprowokował Gułę i chłopak uderzył Łukasza. Oboje zaczęli się tłuc nawzajem, jednak nieproszony gość zdecydowanie maił przewagę nad przyjacielem Oxfordki. Chłopak upadł na ziemię pod naporem ciosów spadających na jego głowę i klatkę piersiową. Krzyki dochodzące z boiska dało się słyszeć na drugiej ulicy gdzie Gosia i Tarmiński szli spacerkiem rozmawiając o wygranej Barcelony w ostatnim meczu.
- Co tam się dzieje? – spytała dziewczyna, widząc na boisku dużą grupkę w kółku skąd dochodziły krzyki. Nie wróżyło to nic dobrego.
- Chyba ktoś się bije - odparł Tarmiński, próbując coś dostrzec. Oxfordka chwyciła chłopaka mocno za rękę.
- Idziemy – powiedziała i razem pobiegli w stronę boiska. Karol leżał bezwładny i cały zakrwawiony na trawie, a Łukasz ciągle go kopał. Pudzia wraz z Budyniem próbowali go odciągnąć jednak ten wyrywał się i kolejne ciosy spadały na Gułę. Oxfordka, gdy to zobaczyła rzuciła się na Wiewiórkę i z całej siły uderzyła go w twarz. Dało się słyszeć chrzęst kości, a chwilę później z jego nosa zaczęła lecieć krew. Próbując zatamować krwawienie, chłopak odsunął się, dysząc jak dzikie zwierze, które sprowokowano. Jego wzrok wyrażał jedynie gniew i nienawiść do leżącego Guły, który wił się z bólu.
- Co ty mu zrobiłeś!? - krzyknęła Gosia, po czym ponownie podeszła do Łukasza. Chłopak nie spodziewając się takiej reakcji nie zdążył obronić się przed atakiem dziewczyny. Oxfordka zamachnęła się pięścią na Wiewiórę, następnie kopnęła go w brzuch. Łukasz zachwiał się i przewrócił na ziemię, Gosia zaś podbiegła do leżącego Karola. Chłopak nie wyglądał dobrze i dziewczyna zdawała sobie sprawę, że to przez Wiewiórę. Nagle krzyk przyjaciół Oxfordki zmieszał się z wrzaskiem wściekłego Łukasza. Kiedy Oxfordka się odwróciła w jej stronę leciała już pięść Wiewióry. Nie było czasu na unik i dziewczyna oberwała w twarz z takim impetem, że prawie upadła na Karola. W tej chwili do akcji wkroczył Tarmiński.
- Gosia, weź Gułę ja i reszta się nim zajmiemy – Powiedział chłopak.
- Łukasz...
- Proszę cię - rzekł Tarmiński i pobiegł do ludzi, próbujących utrzymać Wiewiórkę. Dziewczyna posłuchała chłopaka i zadzwoniła po karetkę, zgłaszając wypadek. Oxfordka starła sobie krew ściekającą z kącika ust, by medycy nie pomyśleli, że to z nią Karol stoczył bójkę, po czym czekała na pomoc. Dziewczyna miała lekkie zadrapania, które pewnie na następny dzień będą bardziej widoczne, ale nie przejmowała się tym. Teraz najważniejsze było, by Guła został oddany w dobre ręce. Po około kwadransie na miejsce przyjechała karetka. Karol został zabrany do szpitala, jednak według ratowników zostanie tam jedynie na obserwacji, a potem przez tydzień nie będzie mógł iść do szkoły. Oxfordka odprowadziła wzrokiem odjeżdżający pojazd. W tej samej chwili jej przyjaciele brutalnie lecz efektywnie ukarali Wiewiórkę, który wręcz uciekał z boiska, by tylko znów nie oberwać. Gosia uśmiechnęła się zadowolona. Spotkała go należyta kara i wcale nie było jej żal, że chłopak ledwie utrzymywał się na nogach. Opierając się o Pudzię, Oxfordka podziękowała przyjaciołom za wsparcie, po czym z pomocą innych wróciła do domu.
Monika słysząc trzask zamykanych drzwi wyjrzała z kuchni, by zobaczyć kto przyszedł. Jej oczom ukazała się jej córka. Siniaki zaczęły się uwydatniać na jej twarzy, a z dolnej wargi wciąż ciekła krew tamowana czerwoną już chusteczką.
- Boże co ci się stało? – spytała kobieta z przerażeniem na twarzy.
- Nic - odparła Gosia omijając matkę i idąc na górę do swojego pokoju. Całkiem zapomniała, że dzieli pokój z Bourdonem. Już w drzwiach miała łzy w oczach. Trzasnęła nimi tak, że siedzący w pokoju chłopak się przestraszył. Jednak widok dziewczyny przeraził go jeszcze bardziej. Momentalnie znalazł się przy niej.
- Ox co ci się stało? - Dziewczyna usiadła na łóżku, uważając na każdy ruch.
- Boli - rzekła tylko przymykając oczy.
- Poczekaj zaraz wrócę - odparł Bourdon i wyszedł z pokoju, aby po chwili wrócić z plastrem i małą butelką.
- Nie mów mi, że to jest to o czym myślę – powiedziała Gosia, patrząc z przymrożonych oczu na przedmioty w ręku chłopaka.
- Jeśli masz na myśli wodę utlenioną to możesz iść na wróżkę.
- Nie – Oxfordka odsunęła się od małej buteleczki jak od ognia.
- Tak. Chodź tu – powiedział stanowczo Rob maczając wacik w płynie. Dziewczyna niechętnie podeszła do chłopaka.
- Zamknij oczy i zegnij ręce.
- Po co? – spytała.
- Będzie cię mniej bolało. No już - powiedział Bourdon i przyłożył watę do jej rozwalonej wargi.
- Boli? – spytał delikatnie dezynfekując ranę.
- Trochę - odpowiedziała Oxfordka.
- Masz szczęście, że to mała rana. Szybko się zagoi, ale będziesz musiała się pilnować przed zbyt szerokim otwieraniem buzi.
- Gadasz jak lekarz - rzekła dziewczyna, gdy Rob skończył.
- Mój tata jest lekarzem, więc trochę się nauczyłem, a tak marginesem to kto ci wlazł za skórę?
- Taki jeden. Pobił mojego przyjaciela. Właśnie jest na obserwacji w szpitalu.
- To się mu należało - odparł Rob pakując przedmioty do pudełka.
- Ta... Nie jeden raz jeszcze dostanie.
- Jak czego ja nic nie wiem – powiedział chłopak i uśmiechnął się do dziewczyny.
- Dobra. - Zgodziła się Oxfordka i ponownie usiadła na łóżko, a po pokoju rozległa się krótka melodyjka.
- Co to? - Zdziwiła się dziewczyna, rozglądając po pokoju w celu wyszukania miejsca dźwięku.
- Mój laptop. Dostałem wiadomość - odparł Rob i podszedł do biurka gdzie był jego komputer. Gosia do niego podeszła i oparła swoje ręce na oparciu krzesła.
- A.... wytwórnia przysyła mi co będziemy po kolei śpiewać w Lizbonie. Będę musiał przekazać Shinodzie rozkład.
- Co?! Kiedy jedziecie? – spytała podekscytowana Oxfordka.
- W lipcu.
- Super!... A ja? – spytała nagle robiąc minę obrażonego dziecka.
- Zrobię wszystko, żebyś jechała – powiedział Rob i uśmiechnął się do dziewczyny.
- Kochany jesteś.
- No proszę. Nareszcie coś miłego.
- Rob... - Gosia nie dokończyła bo, ktoś zapukał do drzwi. Oboje spojrzeli w tym kierunku.
- Proszę - powiedziała Oxfordka i ujrzała Tarmińskiego. Chłopak wszedł do pokoju zamykając za sobą drzwi.
- Dobrze się czujesz? – spytał.
- Bywało gorzej - odpowiedziała i lekko się uśmiechnęła. - Poznajcie się. Łukasz to jest Rob Bourdon, Rob to mój chłopak Łukasz Tarmiński.
- Cześć - powiedzieli oboje i uścisnęli sobie dłonie. Łukasz usiadł na rogu biurka. On również miał nieliczne zadrapania na twarzy, które wychwycił Bourdon.
- Widzę że ty też pomagałeś Gosi – powiedział chłopak, wskazując jego rany.
- A... tak. Idiota myśli, że mu wszystko wolno - rzekł Tarmiński.
- I dobrze zrobiłeś.
- Wiecie co? Wy sobie pogadajcie, a ja pójdę na chwilkę do Alex - rzekła Oxfordka i wyszła z pokoju i zostawiając przyszłych rywali samych.
  • awatar The.End.: Haha,wyczułam to już w poprzednich rozdziałach,że przyszłych rywali :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Od wczoraj albo ja mam coś z kompem nie tak, albo mam chwilowe zaćmienie, albo pinger nawala...
*stawiam na to ostatnie*
moje dwa wczorajsze wpisy w sposób magiczny pojawiają się i znikają. Raz je widzę, raz nie, a jak widzę to brakuje w nich komentarzy, kiedy zaś kliknę w miejsce gdzie powinny być to tam są :O
pomyślałam, że na razie wpisy będę umieszczać na blogspocie, a potem gdy pinger się unormuje uzupełnię te braki tutaj, żebyście byli wszyscy na bieżąco z tematem. Niestety ale na opowiadania będziecie musieli poczekać ponieważ na tamto nasienie szatana go nie udostępnię haha
 

 
wydaje mi się czy mój wpis poszedł w pieruny? -.-
  • awatar ღ Pani M.ღ: @Liliannanna: Odpisałam tej jakże rozgadanej pani :P
  • awatar Anissia: @Wiktoria Gałka: WTF??
  • awatar Wiktoria Gałka: Drodzy Pingerowicze i Pingerowiczki! Postanowiłam napisać list do Was. Nikt nie komentuje mojego bloga. Żadny pozytywnych komentarzy. Może mój blog nie jest jakiś przesadnie ciekawy, ale jest o wszystkim - o życiu, o modzie, o szkole, rodzinie. Każdy znajdzie swój ulubiony temat. Jeżeli nie będziecie komentować mojego bloga odejdę w ciągu 10 dni. Komentujcie!!! To jest polecenie służbowe. xd Jeżeli nie podoba Ci się mój blog to powiedz to otwarcie i podaj propozycję co mam na nim pisać. Może mam dodawać więcej zdjęć, filmików... No nie wiem.... Mi jest po prostu przykro. Mnie obserwuje tylko jedna osoba, a ja obserwuję 13 osób. Czekam na zaproszenie do znajomości i na dodanie do obserwacj. Jeżeli masz jakąś wątpliwośc - pisz do mnie ja ci pomogę!!! Zapraszam do komentowania i odwiedzanaia mojego bloga: http://niejestessama.pinger.pl/. Pozdrawiam Wiktoria
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›